wtorek, 13 sierpnia 2019

Hej! Ta recenzja powstaje już drugi raz, gdyż, kiedy ją już skończyłam, ona postanowiła wyparować mimo wielokrotnego zapisywania. Wojna domowa miała załatać moje serce po Endgame. Uwielbiam filmy Marvela, jednakże nie czytałam żadnego komiksu, a to na jego podstawie powstała ta książka. Moje ewentualne porównania będą w stosunku do tego, co widziałam na ekranie.



***OPIS*** 

Niesamowita historia o konflikcie w Uniwersum Marvela!
Iron Man i Kapitan Ameryka stanowią trzon Avengersów, najlepszej grupy superbohaterów. Kiedy w wyniku tragicznej potyczki miasto Stamford doznaje wielkich zniszczeń i giną setki jego mieszkańców, rząd USA domaga się, by wszyscy superbohaterowie zdjęli maski i zarejestrowali swoje supermoce. Tony Stark — Iron Man — uważa, że to przykra, ale konieczna decyzja. Kapitan Ameryka traktuje ją zaś jako nieakceptowalny zamach na wolności obywatelskie.
Tak rozpoczyna się wojna domowa.
Oficjalna powieść Uniwersum Marvela na motywach kultowego komiksu, którego sprzedaż przekroczyła pół miliona egzemplarzy.

***RECENZJA***


Kiedy dowiedziałam się, że zostanie wydana, nie mogłam się doczekać wizyty listonosza i byłam bardzo podekscytowana. W takim razie powinnam bardzo szybko przeczytać tę pozycję, prawda? Pewnie tak, ale niestety trochę mnie męczyła.

Nie jestem fanką długich opisów, jednak czytając tę książkę, czułam się, jakby autor co jakiś czas przypominał sobie, że nie widzimy stron komiksu i dodawał kilka słów, żeby nakreślić sytuację, jednak dla mnie to było za mało, żeby się wczuć. Wojna domowa jest zdecydowanie bardziej skierowana do młodszego odbiorcy i, niestety, mimo szybkiego czytania, traci na tym.



Dodatkowo cechy bohaterów zostały wyolbrzymione. Nie wiem, jak jest w komiksach, ale w stosunku do tego, co widzimy w filmach zostali przerysowani. Jest ich dużo, dlatego dokładne opisanie ich jest trudniejsze, ale autor nie sprostał zadaniu. Nie odczuwa się z nimi żadnej więzi.

Jest grupa ludzi, której mogę polecić tę książkę. Jeśli jesteście fanami komiksów, to może Wam się ona spodobać. Na stronie fanów Marvela na Facebooku widziałam post na jej temat i opinie były raczej pozytywne. Ktoś nawet powiedział, że tłumaczy dodatkowe informacje. Może też spodobać się dzieciom i to niezależnie czy lubią komiksy, czy filmy, bo wiadomo, że one od książek oczekują czegoś innego.

Ja Wojnę domową porównywałam do tego, co zobaczyłam na ekranie i jeśli tak jak ja jesteście miłośnikami kinowego Marvela, ale lubicie też dobrą literaturę, to odradzam. Chyba zainwestuję w jakieś komiksy, więc możecie mi doradzić od czego zacząć :)

Pozdrawiam ciepło
Gosia






sobota, 10 sierpnia 2019

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją W skali od 1 do 10. Moją uwagę zwróciła jej okładka, która jest prosta, ale jednocześnie ciekawa (tylko niestety nie ma skrzydełek). Jednakże dużo bardziej zaintrygowała mnie jej treść. Bardzo interesuje mnie człowiek, jego psychika i sposób myślenia, nawet chciałam kiedyś zostać psychiatrą. Zapraszam więc do poznania mojej opinii.



***OPIS*** 

Niezwykle prawdziwa, poruszająca historia o mrocznych stronach osobowości, przyjaźni i wybaczeniu samemu sobie.
Po próbie samobójczej siedemnastoletnia Tamar trafia do szpitala psychiatrycznego dla nastolatków. Dziewczyna przez lata się samookaleczała, zmagała się z ogromną nienawiścią do samej siebie i próbowała topić rozpacz w alkoholu. W trakcie pobytu poznaje wiele osób z różnymi chorobami. Zaprzyjaźnia się zwłaszcza z dwójką z nich: Jasperem, chłopakiem, który ma anoreksję, oraz Elle – nastolatką z chorobą afektywną dwubiegunową.
W szpitalu nieustannie musi tam odpowiadać na pytania lekarzy: Dlaczego zaczęła się samookaleczać? Co sprawiło, że zaczęła się nienawidzić? Jak się czuje, w skali od 1 do 10? Jest jednak jedno najważniejsze pytanie, na które Tamar nie jest w stanie odpowiedzieć nawet samej sobie: czy jest winna śmierci swojej przyjaciółki Iris?

***RECENZJA***



Tematyka poruszana w książce jest bardzo trudna. Główna bohaterka trafia na oddział szpitala z ludźmi, których problemy psychiczne nie sprawiają, że nie mają oni kontaktu z rzeczywistością. Nie jest to miejsce z horroru, tylko placówka, która leczy chorych ludzi. Myślę, że społeczeństwu często tak się to kojarzy.



W skali napisana jest w bardzo lekki sposób, często jest nawet, powiedziałabym, pogodnie. Na YouTube oglądałam kilka filmów ludzi, którzy znaleźli się w szpitalu psychiatrycznym i nie wspominają oni raczej tego miejsca, jako coś złego, ich odczucia są wręcz pozytywne. Oczywiście nie mówię za wszystkich, tylko o opinii kilku osób. Jednakże pojawiają się tu pewne zwroty akcji, sytuacje straszne, ale sposób ich opisania pozostaje bardzo delikatny i właśnie w tym momencie brakuje mroku. Czyta się te fragmenty trochę zbyt lekko.

Relacje między bohaterami zostały pokazane również w pozytywny sposób. Mimo miejsca i sytuacji, w jakiej się znaleźli, nadal pozostają nastolatkami i mają swoje szalone pomysły. Słyszałam, że w szpitalu psychiatrycznym ludzie znajdowali przyjaciół, bo te osoby się wzajemnie rozumieją, nie muszą przed sobą niczego udawać, więc wierzę, że jest to bardzo prawdziwe.



Książkę czytało mi się szybko i przyjemnie, dzięki czemu moje ostateczne odczucia w stosunku do niej są pozytywne, jednakże na pewno nie zostanie ona na długo w mojej pamięci. Myślę, że tak poważna i ważna tematyka powinna zostać zgłębiona i starannie opisana.

Komu mogę polecić tę pozycję? Myślę, że może się ona spodobać nastolatkom (ok. 15 lat), które są zainteresowane tym tematem, chcą zobaczyć, w niewielkim stopniu, jak wygląda i funkcjonuje szpital psychiatryczny. Nie są to pełne opisy, które wiele wyjaśnią, nie wiem, czy są w pełni rzetelne, ale można stąd czerpać podstawową wiedzę.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Hejka! Dzisiaj ponownie przychodzę do Was z recenzją kolejnej młodzieżówki fantasy i znowu nie jest to przeciętna lektura (poprzednie posty książkowe znajdziecie klikając w przegródke 'książki'). Kosmiczna tematyka nie została jeszcze szczególnie rozpowszechniona, więc jeśli szukacie jakiegoś powiewu świeżości, to dobrze trafiliście.



***OPIS*** 

Zaskakująco świeża, porywająca kosmiczna opowieść o mrocznych siłach, o zdradzie, o szukaniu prawdy i o walce na śmierć i życie.

Qole Uvgamut jest najlepszą poławiaczką cienia na Alaxaku, prymitywnej i biednej planecie na peryferiach. Do załogi statku poławiaczy dołącza ładowniczy Nev. Nikt nie wie, że to dziedzic arystokratycznego rodu, który występuje w przebraniu, aby zdobyć zaufanie Qole. Tajemnica wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy statek zostaje zaatakowany przez niszczyciel. Okazuje się, że nie tylko Nev i jego krewni mają plany wobec młodej Alaxakanki, rywalizujący ród również chce dopaść dziewczynę. Kluczowy jest tutaj cień – substancja, która stanowi niezwykłe źródło energii. Nev, syn głowy rodu, chce skłonić Qole do wzięcia udziału w badaniach nad cieniem. Po wymknięciu się z rąk wroga poławiaczka zgadza się polecieć z Nevem do siedziby jego rodu i poddać się badaniom prowadzonym przez stryja młodego arystokraty. Na miejscu okazuje się jednak, że ród Dracortów nie ma czystych intencji. Nev staje przed wyborem: ocalenie Qole lub lojalność wobec rodziny.

Zachwycająca powieść dla fanów Gwiezdnych Wojen i nie tylko!

***RECENZJA***


Okładka Cienia raczej nie zachęca i nic nie mówi o tej pozycji. Z początku tylko na nią zerknęłam i chciałam iść dalej, jednakże przeczucie kazało mi przeczytać opis i tradycyjnie okazało się niezawodne. Już wtedy wiedziałam, że będzie to książka, która przypadnie mi do gustu i z niecierpliwością czekałam na kuriera, który miał mi dostarczyć lekturę, która pomoże złagodzić mi uczucie pustki po Maas.

Cień został napisany bardzo lekkim i przystępnym w odbiorze językiem. Czyta się po prostu błyskawicznie i z ogromną przyjemnością. Nie ma tu może pięknych opisów, jednakże były one wystarczające, abym była w stanie wyobrazić sobie niesamowite miejsca i zwizualizować różne zapierające dech sytuacje.

Mimo, że sam opis książki stanowi wielki spoiler, to jednak podczas lektury zostałam kilka razy bardzo zaskoczona. Do tego stopnia, że aż musiałam na chwilę zrobić przerwę, aby spojrzeć przed siebie i powiedzieć "wow" 😂.

Bardzo ciekawa jest też moc głównej bohaterki, której możliwości jednak nie poznaliśmy do końca. Wiadomo, że ten schemat musiał się pojawić i Qole jest bardzo potężna. Co jednak ciekawe i odbiega od schematu - ta potęga ma ograniczenia. Nie mam tu na myśli takich, że najpierw pokona całą armię, a potem po wyczerpaniu mocy pójdzie walczyć mieczem i samodzielnie wygra wojnę. Qole potrafi narozrabiać, ale jednak sama nie do końca nad tym panuje, a po daniu z siebie 100% jest niezdolna do... Właściwie niczego. Uważam, że stworzenie pewnych ograniczeń w tej potędze, jest bardzo dobrym i ciekawym zabiegiem.

Najsłabszym punktem tej pozycji jest wątek miłosny. Zaczął się on z powietrza, a jednak nie potrafił się dobrze rozwinąć. Myślę, że skoro udało im się powiedzieć 'a', to w drugim tomie bez oporów powiedzą 'b' i jakoś sprawie to pójdzie. Autorki stworzyły między nimi bardzo schematyczną relację, z problemami, jak w każdej książce młodzieżowej. Zależy jakie macie do tego podejście, dla mnie nie stanowi to dużego problemu, jednak liczę, że z czasem będzie lepiej, ale wiem, że część z Was może to mocno irytować.

Ciężko stworzyć oryginalną młodzieżówkę, wydaje się wręcz, że jest to już niemożliwe. Cień podąża po pewnych schematach, ale jednak dodaje coś od siebie. Cień to jakaś substancja, która przy kontakcie z nim zabija, a jednak stanowi źródło energii dla ludzi. Tę historię można doskonale rozwinąć i mam nadzieję, że jej pełen potencjał zostanie wykorzystany.

Jeśli zastanawiacie się czy ta książka dorównuje ww. Maas, to nie, ale myślę, że jej fanom przypadnie do gustu. Jednocześnie warto podkreślić, że pierwsze pozycje od Maas, to też nie były największe literackie dzieła, dlatego czekam z niecierpliwością na kolejne tomy i trzymam kciuki za owocny rozwój. Odkładłam Cień z wielką niechęcią, historia Qole mnie bardzo wciągnęła i uważam, że jest warta Waszej uwagi i pieniądzy.

Zaczytanego dnia
Gosia

poniedziałek, 1 lipca 2019

Witam Was ponownie! Dzisiaj przychodzę z recenzją książki polskiej autorki. Jeśli jednak nie jesteście fanami polskiej literatury, to radzę Wam nie skreślać od razu tej pozycji, bo byłby to wielki błąd.



***OPIS***


Według legendy, wiele stuleci temu czwórka przyjaciół została wygnana z rodzinnej wioski, gdyż ludzie lękali się ich czarów. Rozeszli się w cztery strony świata, ale zadziwiającym zbiegiem okoliczności i tak wszyscy dotarli w to samo miejsce – do czarciego kamienia. Tam wywołali diabła i dobili z nim targu... Ich potomkowie przez wieki odczuwali skutki tego paktu i bezskutecznie próbowali się z niego wywikłać. Czy przedstawicielom kolejnego pokolenia uda się wreszcie wrócić do normalności? Jakie przeszkody będą musieli wcześniej pokonać? Z jakimi przeciwnikami się zmierzyć? Jakich sojuszników pozyskać? Małe miasteczko na odludziu stanie się sceną niezwykłych wydarzeń. 

Po niespodziewanej śmierci rodziców siedemnastoletnia Alicja trafia pod opiekę ciotki, która mieszka w posępnym miasteczku na Podkarpaciu o mrocznej nazwie Czarcisław. Niezbyt zachwycona wyjazdem z Warszawy, dziewczyna nie czuje się dobrze w nowym miejscu, najwyraźniej pełnym dziwaków i kryjącym jakieś ponure sekrety. Zagubiona nastolatka krok po kroku odkrywa, że nikt tu nie jest tym, za kogo się podaje. Sama też musi zmierzyć się z brzemieniem swojej prawdziwej natury i wykonać niebezpieczne zadanie.

***RECENZJA***


Do tej pory nie ekscytowałam się książkami polskich autorów, potrafiłam docenić ich plusy, ale jednocześnie zazwyczaj wydawały mi się zbyt stonowane. Kiedy zobaczyłam Książc jest pierwszym umarłym, na nic nie liczyłam. Spodobała mi się okładka i myślałam, że na tym koniec. Jednakże przeczytałam próbny pierwszy rozdział tej pozycji i mimo, że akcja się w nim nie wylewała, to ilość sarkazmu zachęciła mnie do dalszego czytania. Uznałam, że może być to dobra książka w stylu Marty Ksiel i zdecydowałam się kontynuować lekturę. Nie będę już trzymać w takim napięciu i szybciej zdradzę, sama jestem w szoku, że ta historia mnie bardzo oczarowała.



Mimo, że akcja dzieje się w Polsce, a Alicja pochodzi z Warszawy, to na szczęście przenosimy się do małego miasteczka zwanego Czarcisław. Dodatkowo za plus uważam dobór imion, które są dosyć niecodzienne, mimo, że stosowane w naszym języku: Tatiana, Natasza, Nikodem, Borys, Dymitri, a także kilka takich, które z tego co wiem, mają swoje odpowiedniki w angielskim. Dzięki temu, że polskość nie uderzała w nas na każdym kroku, książka pozwalała nam oderwać się od rzeczywistości, a tego szukam w fantasy.

Kolejnym plusem jest humor i sarkazm, czytając tę książkę po prostu nie sposób się kilka razy nie uśmiechnąć, a jednocześnie nadal potrafi ona trzymać w napięciu. Mimo, że oczy mi się już w nocy zamykały, to koniecznie musiałam skończyć rozdział, a są one tu dosyć długie. I mimo, że ciężko czyta się z zamkniętymi powiekami, to książkę odkladałam z żalem, bo byłam tak ciekawa, co będzie dalej. Połączenie takiej dawki humoru i jednoczesne utrzymanie napięcia wyszło świetnie, zupełnie się tego nie spodziewałam.

Autorka czerpała inspiracje ze słowiańskich wierzeń: guślnice, nocnice, strzygonie oraz wilkodlaki - są to tak naprawdę czarownice, nocne demony, wampiry oraz wilkołaki, ale przedstawione trochę od innej strony. Odrzucone zostają z nich jednakże schematy z książek typu Zmierzch. Jakie było moje zdziwienie, kiedy nasz twardziel, zamiast pozostać twardzielem, boi się ratować głównej bohaterki lub z łatwością zostaje pokonany. Kiedy już wyszłam z szoku, uznałam, że jak na siedemnastolatka, zachował się on "normalnie". Coś próbował zrobić, ale to nadal tylko nastolatek i nie wyszło, ma to sens. Cieszę się, że autorka faktycznie orientuje się, jak wyglądają i zachowują się osoby w tym wieku.



Dodatkowo, im więcej z czasem dostajemy informacji, tym więcej pragniemy ciekawostek. Razem z nimi pojawiają się nowe tajemnice, których rozwiązanie bardzo chcemy poznać. Z każdym rozdziałem autorka rozszerza historię i wykreowany przez siebie świat, który wciąga nas coraz bardziej z każdą stroną.

Gdzie diabeł mówi dobranoc jest świetnie zapowiadającą się serią, która zasługuje na rozgłos. Samej ciężko mi w to uwierzyć, ale sądzę, że to jedna z lepszych książek, które przeczytałam w tym roku. Moi drodzy, dajcie szansę polskim autorom, bo coraz częściej reprezentują oni poziom tak wysoki, jak w dobrych zagranicznych książkach. Ja się swoich uprzedzeń zaczynam pozbywać i życzę Wam tego samego.

***MOJA OCENA***

★★★★★★★★★☆


Pozdrawiam ciepło 
Gosia 


poniedziałek, 10 czerwca 2019

Hejka! Dzisiaj w końcu przychodzę do Was z recenzją książek królowej fantasy, więc jeśli jakimś cudem jeszcze ich nie czytaliście to zaraz rozwieję Wasze wątpliwości i pobiegniecie do księgarni. Ostrzegam przed spoilerami do 5 tomu.



Już kilka miesięcy temu na swoim fp Uroboros został mocno skrytykowany przez fanów Maas za podzielenie 6 tomu na dwie części. I zgadzam się, że niestety wydatek jest większy, ale jednocześnie razem z nim w górę poszła nasza wygoda. Czytanie kloca, który miałby 1300 byłoby strasznie niewygodne, bo ciężko mi było się wygodnie ułożyć już z pierwszą częścią. Jeśli byliście niezadowoleni, że szybciej łamały Wam się grzbiety, to tutaj nie byłoby już czego zbierać.

Bałam się sposobu, w jaki zostanie przedstawiona niewola Aelin. Nie chciałam czytać przez setki stron o tym, jak cierpi, jak jej smutno czy źle - zwłaszcza, że to nie w jej stylu. Nie zostaje ona co prawda uwolniona na pierwszych stronach, ale w międzyczasie pojawiają się perspektywy innych bohaterów, więc nie ma czasu na nudę. Maas przedstawiała wszystko w taki sposób, że w połączeniu z moim emocjonalnym przywiązaniem do głównej bohaterki, miałam ochotę płakać nad jej cierpieniem. Bardzo dobrze wszystko opisała i udało jej się wywołać skrajne emocje w czytelniku, jednocześnie doskonale pisze o uczuciach "po" i konsekwencjach niewoli.

Maas zadbała o każdego z bohaterów, dalej pięknie ich rozwijała, ich więzi. Każdy z nich miał swoje emocje, priorytety. Brakuje mi słów, żeby opisać, jak bardzo zachwyca mnie jej twórczość. Sarah pamięta o uczuciach postaci, pokazuje, że mają prawo się różnić przez wydarzenia z ostatnich tomów, np. Aedion, którym targają różne emocje po tym jak przedmiotowo został wcześniej potraktowany.

Uwielbiam Maas za jej dbałość o szczegóły. Mimo, że niektóre sceny nie mają znaczącego wpływu na dalsze wydarzenia, to sprawiają, że jej książki stają się piękniejsze, czytelnicy bardziej emocjonalnie się z nimi zwiazują. To za te detale tak kocham twórczość Maas. Więź Aelin z Rowanem wydaje mi się tak cudowna i poruszająca, rozwinęła się jeszcze bardziej niż przedtem. Uwielbiam go właśnie za tę rękę na jej plecach, czy ramieniu w trudnych sytuacjach, czy za spanie przy ścianie ognia, chociaż tu kontekstu zdradzić Wam nie mogę.



Przestała starać się na siłę tworzyć związki i nie poświęca im tak dużo uwagi. Bohaterowie, którzy się kochali, nadal się kochają i opisuje ich relacje bardzo trafnie, dalej pięknie, ale też z większym smakiem.

Akcja pędzi i mimo 1300 stron żałuję, że nie było ich więcej. Przy Maas 2000 nie wystarczy 😂 A tak poważnie, to uważam, że książka jest bardzo dobrze zorganizowana, podział na różne perspektywy bohaterów nadaje jej dynamiki i nie zostawia czasu na nudę.

Książki Sarah to emocjonalny rollercoaster, jeszcze żadnej pozycji nie przeżywałam w taki sposób, że ewidentnie było po mnie widać wszystkie emocje. Całe szczęście, że nie czytałam w miejscach publicznych i Wam również to odradzam. Jeśli również jesteście zżyci z tymi bohaterami i historią, to jest szansa, że wiele razy się wzruszycie, kilka razy popłaczecie, zaczniecie na głos wyzywać lub się śmiać. Wstyd się przyznać, ale taka prawda. Całe szczęście, że miałam koleżankę, której nie straszne były pojedyncze spoilery i mogłam gdzieś szybciej opisać co czuję.



Uwielbiam obserwować, jak Maas się rozwija z każdą kolejną napisaną przez siebie książką. Ma niesamowity talent do pisania i znakomicie go wykorzystuje. Nie podobało mi się jedno rozwiązanie pewnej kwestii, ale taki miała na siebie pomysł i z czasem go zaakceptowałam. Myślę, że autorzy pisząc nie powinni kierować się zachciankami czytalników, tylko tworzyć według własnego uznania.

Nie twierdzę, że nie popełnia ona żadnych błędów i wszystko jest idealne, ale jednocześnie ilość pozytywnych elementów w jej książkach zdecydowanie wygrywa, a wszelkie niedociągnięcia idą w niepamięć.

Mam nadzieję, że nie przeszkadzała Wam ilość emocji w tej recenzji (jednocześnie możecie się cieszyć, że jeszcze nie nagrywam na YT). Mam jednak nadzieję, że widząc mój zachwyt sięgniecie po zakończenie tej niesamowitej serii, bo jest ona warta uwagi i każdych pieniędzy. Ze zwykłej historyjki o zabójczyni i księciu powstała ogromnie rozbudowana historia z wieloma wątkami, która po prostu zapiera dech. Na zakończenie tego cudownego cyklu czekałam z ogromną niecierpliwością, a jednocześnie  kiedy patrzyłam na ubywające strony było mi strasznie przykro, że po 3 latach kończę swoją przygodę z tymi książkami. Jak już wspomniałam, Maas to dla mnie królowa fantasy. To nie są tylko dobre książki czy nawet bardzo dobre, ona dosłownie przelewa w nie tony magii i emocji. Zdecydowanie mnie nie zawiodła, a jedynie sprawiła, że uwielbiam ją jeszcze bardziej.

***MOJA OCENA*** ★★★★★★★★★★

niedziela, 5 maja 2019

Hej kochani! Jeśli jeszcze nie wiecie, to muszę Was uświadomić, że uwielbiam filmy Marvela z całego serca. Na pewno nikt z Was nie pominął też faktu, iż Avengers: Endgame jest już w kinach - w końcu odniósł spektakularny skuces. Mimo, że nie jest to blog poświęcony recenzowaniu filmów, to czuję, że muszę napisać ten post i podzielić się moimi emocjami. UWAGA SPOILERY!

Po zakończeniu Avengers: Infiniti War siedziałam w kinie z otwartą buzią w totalnym szoku i zachwycona filmem. Czekałam na Endgame miesiącami, jednocześnie chodząc na wszystkie ekranizacje, które pojawiły się w międzyczasie, które tylko podsycały mój apetyt. YouTube i Instagram również nie pozwalały mi zapomnieć o nadchodzącej premierze. Wysłuchałam dziesiątek spekulacji i omówień zwiastunów. W końcu obejrzałam tak długo wyczekiwany film. I co? Jestem zła na samą siebie, że jestem ewenementem, który nie jest zachwycony tą produkcją!

Najbardzjej boli mnie, że postać Thora została tak zniekształcona. Mój ukochany bóg piorunów popadł w depresję, przytył kilkadziesiąt kilogramów i wyhodował jakąś wiewiórkę na twarzy. Cały film miałam nadzieję, że pioruny przyspieszą mu metabolizm i wróci do formy. Jednakże to już nie jego aparycja stanowi największy problem, ale to, że jak dla mnie stał się postacią, z której ludzie mogli się głównie śmiać. Nie dostał swojej chwili sławy, przecież jest jednym z najważniejszych bohaterów uniwersum, a w kluczowej walce był prawie bezużyteczny. Nie dostał możliwości wykazania się. Uwielbiam Chrisa Hemswortha i uważam, że jego potencjał nie został wykorzystany. Mam nadzieję, że w Strażnikach Galaktyki da czadu 😉

Kapitan Marvel została wezwana na koniec Infiniti War i już wtedy budziła moje wielkie zainteresowanie. Następnie obejrzałam film o niej i polubiłam ją, mimo, że była trochę zbyt idealna i potężna, chociaż w mojej głowie pojawiła się myśl "zrobi niezłą rozróbę". No i co? No i jej nie zrobiła, musiała ratować inne światy i było jej strasznie mało. Pokładałam w niej wielkie nadzieje. Jak widziałam w zwiastunie jej krótką "pogawędkę" z Thorem, to myślałam, że powstanie między nimi niesamowita relacja pełna sarkazmu i humoru, tymczasem nie miała ona nawet szans się wytworzyć.

Seans trwał trzy godziny i nie mogę powiedzieć, że mi się dłużył, jednakże usunęłabym kilka krótkich scen, które nie wnosiły nic ważnego do fabuły, co nadałoby więcej dynamiki. Zamiast nich możnaby wcześniej dodać jakąś scenę akcji.

Wyrzuciłam z siebie żale i można pomyśleć, że widzę w tym filmie same minusy. Zupełnie nie!

Efekty były na bardzo wysokim poziomie i nadal zapierały dech. Marvel pod tym względem nie zawodzi.

Dodatkowo śmierci bohaterów, jak źle by to nie zabrzmiało, zostały bardzo ładnie zrobione. Mimo, że trafiłam na spoilery przed seansem (swoją drogą dla takich ludzi znajduje się specjalne miejsce w piekle), to wywołały we mnie wiele emocji i nie byłam w stanie powstrzymać łez. Jestem też bardzo zadowolona z zakończenia historii Kapitana Ameryki, będzie mi go brakować w kolejnych produkcjach, ale wszystko jest spójne i przemyślane. Ostatnia bitwa, w której pojawili się wszyscy bohaterowie tego uniwersum była pożegnaniem i przyjemnie było zobaczyć ich wszystkich na jednym ekranie.

Film wywołał we mnie wiele emocji i uważam, że to była dobra produkcja, jednakże ciężko mi zrozumieć zachwyt innych. Przez te wszystkie miesiące bańka z oczekiwaniami rosła, spodziewałam się czegoś niesamowicie spektakularnego, a kiedy przyszło co do czego czuję... niedosyt. Uwierzcie, chciałabym podzielać podziw innych, ale zbyt mocno wkręciłam się w ten świat i widocznie zbyt wiele oczekiwałam. Avengers: Endgame oceniam 8/10. Dla porównania Avengers: Infiniti War 10/10.

Dajcie znać jakie są Wasze wrażenia po seansie i czy znajdzie się wśród Was osoba, która podziela moje zdanie :)

Pozdrawiam serdecznie
Gosia



środa, 1 maja 2019

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z książką Opowiem Ci o zbrodni. Jest to zbiór opowiadań przedstawiających prawdziwe kryminalne historie. Został napisany przez popularnych polskich autorów, ale myślę, że warto podkreślić, że z twórczością żadnego z nich nie miałam wcześniej kontaktu. Zapraszam do recenzji!



***OPIS***


Najgłośniejsze polskie „pióra kryminalne”, czyli Katarzyna Bonda, Igor Brejdygant, Wojciech Chmielarz, Marta Guzowska, Małgorzata i Michał Kuzminscy, Katarzyna Puzynska i sześć wybranych przez nich prawdziwych zbrodni, które wstrzasneły Polska. Pisarze analizowali głośne sprawy, opierając się na nagich faktach z policyjnych i sądowych akt. 

Sześć tragedii i próba zrozumienia sytuacji, które do nich doprowadziły. Każdy z autorów przeanalizował okoliczności towarzyszące przestępstwom – rozmawiając z profilerami, patologami, psychologami, specjalistami-kryminologami czy analizując akta – i opisał wybraną historię. Wszyscy zrobili to w charakterystyczny dla siebie sposób, posługując się językiem, do którego przyzwyczaili swoich czytelników. 

"Twórcy programu Opowiem ci o zbrodni przedstawili elicie pisarzy kryminalnych kilkadziesiąt spraw, które w swoim czasie wstrząsnęły Polską. Pisarze mogli z tego różnorodnego wachlarza dramatycznych zdarzeń wybrać temat, który najbardziej ich zainteresował. Autorzy pokazują morderców i ich ofiary trochę inaczej niż zwykle, a przede wszystkim podejmują próbę odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Żadne z tych opowiadań nie jest podobne do pozostałych, każde ma odmienny styl narracji i prowadzi czytelnika do pointy różną drogą."
Ze wstępu Michała Fajbusiewicza

Na podstawie książki powstał scenariusz programu telewizyjnego, w którym narracja jest prowadzona przez samych pisarzy w charakterystycznych dla nich sposób. Dopełnieniem każdego odcinka są aktorskie rekonstrukcje wydarzeń przedstawionych w opowiadaniu, jak również rozmowa autora z ekspertem, którego obecność okaże się niezwykle ważna dla przebiegu opowieści.

***RECENZJA***


Na uwagę na pewno zasługuje wydanie tej pozycji. Posiada ona skrzydełka, a jak wiecie zawsze zwracam na to uwagę. Przed każdym opowiadaniem jest notatka o autorze, co doceni wiele osób. Znajdziemy tu także zdjęcia. Nie jest ich bardzo dużo, ale pojawiają się wystarczająco często, żeby dodać książce klimatu.

Autorzy mieli niełatwe zadanie, gdyż na podstawie rozmów i akt mieli napisać opowiadania. Jednocześnie musieli wykreować bohaterów i stworzyć profil psychologiczny mordercy. Musieli znaleźć motywy i odpowiedzieć na pytanie: dlaczego?




Tego typu zbiorek ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że ciekawe historie zostają przedstawione w sposób treściwy i nie zostają na siłę rozciągnięte na kilkaset stron. Minusem jest to, że nie trzymają one w napięciu. Jesteśmy ciekawi historii, ale brakuje tego dreszczyku.

Każde z opowiadań wyróżnia się charakterystycznym stylem pisania każdego z autorów, co również jest ciekawym doświadczeniem. 

Najbardzjej podobały mi się opowiadania Wojciecha Chmielarza i Katarzyny Bondy. Historie były ciekawe, a ja jestem zainteresowana innymi pozycjami ich autorstwa. Pozytywne emocje wywołał we mnie też Igor Brejdygant. Za najsłabsze uważam opowiadania Marty Guzowskiej oraz państwa Kuźmińskich. Mimo, że sprawy były ciekawe, to sposób ich opisania mnie męczył i nudził.

Jeśli jesteście fanami któregoś z tych autorów, to myślę  że warto dołączyć tę pozycję do swojej kolekcji. A może chcecie sięgnąć po książki tych autorów, ale nie wiecie czy przypadną Wam do gustu? W takiej sytuacji też warto je kupić. ALE. Jeśli nie jesteście fanami tego typu zbiorów, to może lepiej zakupić książkę konkretnego autora.

Pozdrawiam serdecznie 
Gosia
Cześć Kochani!
Cieszę się, że mogę się do Was odezwać po dłuższym czasie. Niestety nauka do egzaminów i innych ważnych testów zmusiły mnie do dłuższej przerwy w prowadzeniu bloga, jednak kiedy to wszystko już się skończyło - mogę powrócić do aktualizowania Ogrodu Życia.

Czy na Malcie jest Nyx

W dzisiejszym wpisie zrecenzuję dla Was paletkę firmy  NYX  z kolekcji The Runway Collection. Dokładniej jest to paleta w odcieniu 02 Strike A Pose.

Dostępność, cena i opakowanie palety  NYX Strike A Pose.

W skład palety wchodzi 10 cieni, a opakowanie wyposażone jest w lusterko, które umożliwia wykonywanie makijażu i idealnie sprawdzi się podczas podróżowania.

Została ona zakupiona przeze mnie podczas wakacji na Malcie. W miejscowości, w której znajdował się hotel, w którym pomieszkiwałam, akurat znajdował się sklep stacjonarny NYX, więc postanowiłam do niego zajrzeć i tam zakupiłam przecenioną z 10 na 4 Euro paletę. Zdjęcia zostały wykonane jeszcze podczas owego wyjazdu, dlatego widzicie na nich widok ze Sliemy na cudowną Valettę.

Strike A Pose kolory

Dodatkowo do palety dołączony jest pędzelek, a właściwie niewielkich rozmiarów pacynka. Usiłowałam malować się nią podczas podróży, kiedy nie miałam ze sobą pędzli. Nie przyniosło to najlepszych rezultatów, dlatego zrezygnowałam z jej używania. Zdecydowanie preferuję pędzle.

Jeśli chodzi o opakowanie, jest ono wykonane z niezbyt solidnego plastiku, na którym zostają ślady palców, co przy późniejszym użytkowaniu nie wygląda estetycznie.

Kosmetyki nyx opinie

Pigmentacja, łączenie kolorów, blendowanie, formuła, osypywanie się cieni w NYX Strike A Pose Palette.

Przy nakładaniu cieni na pędzel, dość mocno się one osypują, a po otrzepaniu pędzla z nadmiaru produktu nie pozostaje na nim prawie nic. Lusterko i opakowanie szybko się brudzą przez osyp cieni. Przy aplikacji sytuacja nie wygląda dramatycznie, aczkolwiek pojawia się niewielki osyp i twarz błyszczy się przez połyskujące drobinki zawarte w cieniu. Z tej przyczyny lepiej najpierw nałożyć cienie, a następnie podkład.

W palecie znajdziemy same połyskujące cienie, przez co paleta nie jest uniwersalna i potrzeba innej do wykonania pełnego makijażu. Choć to zależy od indywidualnych preferencji - ja potrzebuję matowych cieni, nie wyobrażam sobie przyciemniania wewnętrznego kącika połyskującym cieniem. Mogłoby się wydawać, że biel i czerń w Strike A Pose Palette, to maty, choć po wykonaniu swatcha widać, że delikatnie błyszczą.

NYX zdjęcia

Pigmentację cieni oceniam jako dobrą, przynajmniej jeśli chodzi o to, jak prezentują się na palcu i dłoni. Po nałożeniu na oczy, pigment już nie jest tak wyraźny. Po blendowaniu cieni ze sobą... Po prostu zanikają. Wyjątkiem jest jedynie czarny cień, ale w celu uzyskania pożądanego efektu, konieczne jest jego kilkukrotne dokładanie. Jednak po łączeniu cieni ze sobą, powieka i jej najbliższe okolice, są całe w błyszczących drobinach, co wygląda nieestetycznie.

Testowałam paletę na czystej powiece, jak i przypudrowanej, z bazą i z korektorem. Trwałość kosmetyku była najlepsza w przypadku oka, na którym znajdował się korektor. Jednak i tak nie była ona satysfakcjonująca. 

Stosowałam także różne metody aplikacji cieni. Najlepiej sprawdził mi się zmoczony, spłaszczony, pędzel oraz palec.

Testowałam produkt również z paletą Kylie, w celu sprawdzenia jak zachowywałby się jako paleta uzupełniająca. Niestety efekt był podobny - po blendowaniu z innymi cieniami - zanikał.

Czy warto kupić paletkę NYX Strike A Pose 10 Color Eyeshadow Palette The Runway Collection?

Swoją drogą, dość długa ta nazwa... :D Moim zdaniem nie warto kupować tej palety. Co prawda kolory są piękne, a cena dość niska. Choć kupując bez promocji, zapłacilibyście za nią 10€, czyli około 43 zł. W tej cenie możecie kupić na przykład dobrą paletę Makeup Revolution, w której będzie więcej kolorów, a kosmetyk będzie lepszy jakościowo. Jeśli chcecie przeczytać recenzję palety Makeup Revolution, kliknij ten napis 😊.

Testowaliście tę paletę? Co o niej sądzicie? Polecacie inne palety NYXa? A może macie ulubione palety z innych firm? Podzielcie się tym, proszę, w komentarzach.

Runway Collection

Miłego dnia!
Oliwia ❤☀

czwartek, 14 marca 2019

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Szkoły szpiegów, czyli książki, która ma zlikwidować pewne bariery pamięciowe i przekształcić Wasze umysły w mózgi szpiegów - wyłapujące wszystkie szczegóły z otoczenia. Zapraszam do recenzji!



***OPIS***


Rosyjski wydawniczy bestseller „Szkoła szpiegów” nareszcie trafia do rąk polskiego czytelnika! Poznaj sekret niezawodnej pamięci i przekonaj się, czy jesteś dobrym materiałem na profesjonalnego szpiega.Większość ludzi, słysząc słowo „szpieg”, wyobraża sobie rozmaite gadżety – laserowe długopisy albo wybuchające zapalniczki. Tymczasem najważniejsze narzędzie tajnego agenta to jego własny mózg. Sprawny umysł jest niezbędny w pracy wywiadowczej, której specyfika wymaga przestrzegania zasad ścisłej konspiracji. Agent często nie może niczego zapisać – musi polegać wyłącznie na swoim mózgu i jego zdolności do rejestrowania oraz odtwarzania z absolutną dokładnością ogromnych ilości informacji.Dzięki tej książce dowiesz się, jak poprawić swoją pamięć i bystrość umysłu, wykonując rozmaite ćwiczenia, które od lat wykorzystywane są w procesie szkolenia najlepszych szpiegów na świecie. Przyswoisz sobie umiejętności, które zdały egzamin w najtrudniejszych możliwych warunkach, i nauczysz się w pełni wykorzystywać potencjał swojego mózgu.„Szkoła szpiegów” pełna jest zagadek, łamigłówek, testów i przydatnych trików, a wszystko to okraszone zostało trzymającą w napięciu szpiegowską historią z czasów zimnej wojny.


***RECENZJA***


Najpierw muszę Wam opowiedzieć o wydaniu tej książki, którym zachwycam się za każdym razem, kiedy mam ją w rękach. Oprawa, jak to w większości polskich wydań, jest miękka, ale porządnie wykonana. Tłoczenia i projekt okładki również dostają plusa, a fakt, że stanowią one pierwszy test Waszej spostrzegawczości... No super, to dodatkowo podsyciło moją ekscytację. Mamy również skrzydełka. Jednakże najważniejsze jest to, co znajdujecie po otwarciu książki, a jest to jeszcze lepsze. Strony są grube i porządne, ale to, co się na nich znajduje mnie zachwycało. Mam na myśli wyodrębnienie konkretnych części, np. akta wyglądają jak prawdziwe akta, mamy różne fotografie, notatki są pisane jakby na kartach w linie. Te wszystkie elementy dobrze prezentują się wizualnie, ale są też ważną częścią zapamiętywania przez Was informacji, gdyż większość z nas jest wzrokowcami. Dzięki takiemu zapisowi więcej zostaje w naszej pamięci.



Bycie szpiegiem nie jest łatwe, co ta książka pokazuje, bo wiadomo, że nie zostaniecie mistrzami w tym fachu po niecałych 300 stronach, jednakże jest tu dużo zadań i ćwiczeń. Niektóre są proste, inne wymagają większego zaangażowania. Między nimi przeplata się wątek fabularny, który dodaje całej historii smaczku.

Kończyłam kiedyś specjalny kurs, na którym też poznawałam techniki lepszego zapamiętywania większej ilości informacji. Część ćwiczeń się powiela, jednakże ich zakres przedstawiony w książce jest dużo większy. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że stosuje te techniki często w szkole i są bardzo przydatne.



Jest to krótka książka, pełna ćwiczeń i informacji, do której możecie wielokrotnie wracać. Co jakiś czas pojawiają się testy, dzięki którym możecie sprawdzić, jak dużo informacji wyłapaliście z tekstu (na końcu są odpowiedzi). Jeśli wykażecie się wytrwałością, to możecie zobaczyć zaskakujące efekty. Polecam!

Pozdrawiam ciepło!
Gosia

niedziela, 24 lutego 2019

Cześć! Od pewnego czasu nie pojawiały się u mnie recenzje kryminałów, więc postanowiłam nadrobić zaległości. Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Wiara, miłość, śmierć - zapraszam!

***OPIS***


Czy w świecie pełnym przestępstw można jeszcze w cokolwiek wierzyć?

Duisburg. Na moście nad Renem stoi policjant gotowy do skoku. Duchowny Martin Bauer, chcąc go powstrzymać, wspina się na barierkę i sam rzuca się w toń. Zaskoczony funkcjonariusz skacze mu na pomoc. Wspólnie dopływają do brzegu. Bauer zaryzykował i wygrał. Jednak kilka godzin później policjant ginie po upadku z dachu garażu. Wszystko wskazuje na samobójstwo − przeciwko mężczyźnie toczyło się dochodzenie w sprawie nadużyć finansowych. Bauer nie wie już, w co ma wierzyć, a rodzina zmarłego tylko pogłębia jego wątpliwości. Szukając prawdy, stawia wszystko na jedną kartę…


***RECENZJA***


Mocnym elementem tej książki są bohaterowie, do których kreacji autor zdecydowanie się przyłożył. Martin Bauer jest dość niecodzienną główną postacią jak na kryminały. Uznał, że nie nadaje się na "zwykłego" księdza i został policyjnym duchownym. Spokojnie, wiara nie wychodzi na pierwszy plan, a wszystko jest starannie wyważone. Jest on kochającym mężem i ojcem z ciekawym podejściem do życia.

Mamy tutaj narrację trzecioosobową z perspektywy różnych osób, ale nie będę Wam opisywać ich wszystkich. Bardzo podobali mi się również ci, którzy byli na drugim planie, a także tacy, którzy pojawiali się tylko chwilowo, ale dbałość o szczegóły autora sprawiła, że sceny z nimi zostały w mojej pamięci.

Tilo to syn policjanta, który zginął na pierwszych stronach książki. Sama jego kreacja i postępowanie zostały dobrze opisane, jednak, moim zdaniem, nieadekwatnie do jego wieku. Chłopiec ma 15 lat, na po jego zachowaniu dałabym mu może z 12, ale to tylko szczegół.

Bohaterowie są różnorodni, mają odmienne charaktery, podejście do życia, priorytety, a także sposób patrzenia na sytuację. Dzięki temu, że mają możliwość poprowadzenia narracji, my otrzymujemy nowe dane. Nie są to postaci, które będziecie wspominać przez długi czas, ale na pewno są bardzo ważnym i dobrym elementem książki.

Szczegóły podzieliłam  na dwie kategorie.
Zacznijmy od tych dobrych. Autor pisze starannie i myślę, że przemyślał każdą scenę. Pojawiają się tu także takie momenty, które mimo, że nie stanowiły istotnego elementu dla fabuły, to potrafiły mnie urzec, np. scena z bezdomnym - mimo, że żaden ze mnie poeta, to jej symbolika wyjątkowo do mnie trafiła.
Z kolei te niezbyt dobre, to takie, które zupełnie nie były potrzebne i możnaby je wyciąć z książki, bo nie mają żadnego znaczenia i nic nie wnoszą do fabuły. Po usunięciu ich pozycja ta nabrałaby więcej dynamiki, której tutaj jest trochę za mało.

Niestety akcja nie jest jednostajna. Stopniowo narasta, chociaż są momenty, w których zwalnia. Nie sprawia to, że książka jest nudna, ale jednocześnie nie pochłania czytelnika w całości i pozwala się odłożyć.

Nie jest to bardzo dynamiczny kryminał, który by często zaskakiwał, ale uważam, że jest warty Waszej uwagi. Jeśli nie potrzeba Wam wielu zwrotów akcji i nowych faktów uderzajacych w Was na każdej stronie - to możecie śmiało sięgać po tę pozycję.

***MOJA OCENA***

★★★★★★★☆☆☆


Pozdrawiam 
Gosia