poniedziałek, 10 czerwca 2019

Hejka! Dzisiaj w końcu przychodzę do Was z recenzją książek królowej fantasy, więc jeśli jakimś cudem jeszcze ich nie czytaliście to zaraz rozwieję Wasze wątpliwości i pobiegniecie do księgarni. Ostrzegam przed spoilerami do 5 tomu.



Już kilka miesięcy temu na swoim fp Uroboros został mocno skrytykowany przez fanów Maas za podzielenie 6 tomu na dwie części. I zgadzam się, że niestety wydatek jest większy, ale jednocześnie razem z nim w górę poszła nasza wygoda. Czytanie kloca, który miałby 1300 byłoby strasznie niewygodne, bo ciężko mi było się wygodnie ułożyć już z pierwszą częścią. Jeśli byliście niezadowoleni, że szybciej łamały Wam się grzbiety, to tutaj nie byłoby już czego zbierać.

Bałam się sposobu, w jaki zostanie przedstawiona niewola Aelin. Nie chciałam czytać przez setki stron o tym, jak cierpi, jak jej smutno czy źle - zwłaszcza, że to nie w jej stylu. Nie zostaje ona co prawda uwolniona na pierwszych stronach, ale w międzyczasie pojawiają się perspektywy innych bohaterów, więc nie ma czasu na nudę. Maas przedstawiała wszystko w taki sposób, że w połączeniu z moim emocjonalnym przywiązaniem do głównej bohaterki, miałam ochotę płakać nad jej cierpieniem. Bardzo dobrze wszystko opisała i udało jej się wywołać skrajne emocje w czytelniku, jednocześnie doskonale pisze o uczuciach "po" i konsekwencjach niewoli.

Maas zadbała o każdego z bohaterów, dalej pięknie ich rozwijała, ich więzi. Każdy z nich miał swoje emocje, priorytety. Brakuje mi słów, żeby opisać, jak bardzo zachwyca mnie jej twórczość. Sarah pamięta o uczuciach postaci, pokazuje, że mają prawo się różnić przez wydarzenia z ostatnich tomów, np. Aedion, którym targają różne emocje po tym jak przedmiotowo został wcześniej potraktowany.

Uwielbiam Maas za jej dbałość o szczegóły. Mimo, że niektóre sceny nie mają znaczącego wpływu na dalsze wydarzenia, to sprawiają, że jej książki stają się piękniejsze, czytelnicy bardziej emocjonalnie się z nimi zwiazują. To za te detale tak kocham twórczość Maas. Więź Aelin z Rowanem wydaje mi się tak cudowna i poruszająca, rozwinęła się jeszcze bardziej niż przedtem. Uwielbiam go właśnie za tę rękę na jej plecach, czy ramieniu w trudnych sytuacjach, czy za spanie przy ścianie ognia, chociaż tu kontekstu zdradzić Wam nie mogę.



Przestała starać się na siłę tworzyć związki i nie poświęca im tak dużo uwagi. Bohaterowie, którzy się kochali, nadal się kochają i opisuje ich relacje bardzo trafnie, dalej pięknie, ale też z większym smakiem.

Akcja pędzi i mimo 1300 stron żałuję, że nie było ich więcej. Przy Maas 2000 nie wystarczy 😂 A tak poważnie, to uważam, że książka jest bardzo dobrze zorganizowana, podział na różne perspektywy bohaterów nadaje jej dynamiki i nie zostawia czasu na nudę.

Książki Sarah to emocjonalny rollercoaster, jeszcze żadnej pozycji nie przeżywałam w taki sposób, że ewidentnie było po mnie widać wszystkie emocje. Całe szczęście, że nie czytałam w miejscach publicznych i Wam również to odradzam. Jeśli również jesteście zżyci z tymi bohaterami i historią, to jest szansa, że wiele razy się wzruszycie, kilka razy popłaczecie, zaczniecie na głos wyzywać lub się śmiać. Wstyd się przyznać, ale taka prawda. Całe szczęście, że miałam koleżankę, której nie straszne były pojedyncze spoilery i mogłam gdzieś szybciej opisać co czuję.



Uwielbiam obserwować, jak Maas się rozwija z każdą kolejną napisaną przez siebie książką. Ma niesamowity talent do pisania i znakomicie go wykorzystuje. Nie podobało mi się jedno rozwiązanie pewnej kwestii, ale taki miała na siebie pomysł i z czasem go zaakceptowałam. Myślę, że autorzy pisząc nie powinni kierować się zachciankami czytalników, tylko tworzyć według własnego uznania.

Nie twierdzę, że nie popełnia ona żadnych błędów i wszystko jest idealne, ale jednocześnie ilość pozytywnych elementów w jej książkach zdecydowanie wygrywa, a wszelkie niedociągnięcia idą w niepamięć.

Mam nadzieję, że nie przeszkadzała Wam ilość emocji w tej recenzji (jednocześnie możecie się cieszyć, że jeszcze nie nagrywam na YT). Mam jednak nadzieję, że widząc mój zachwyt sięgniecie po zakończenie tej niesamowitej serii, bo jest ona warta uwagi i każdych pieniędzy. Ze zwykłej historyjki o zabójczyni i księciu powstała ogromnie rozbudowana historia z wieloma wątkami, która po prostu zapiera dech. Na zakończenie tego cudownego cyklu czekałam z ogromną niecierpliwością, a jednocześnie  kiedy patrzyłam na ubywające strony było mi strasznie przykro, że po 3 latach kończę swoją przygodę z tymi książkami. Jak już wspomniałam, Maas to dla mnie królowa fantasy. To nie są tylko dobre książki czy nawet bardzo dobre, ona dosłownie przelewa w nie tony magii i emocji. Zdecydowanie mnie nie zawiodła, a jedynie sprawiła, że uwielbiam ją jeszcze bardziej.

***MOJA OCENA*** ★★★★★★★★★★

niedziela, 5 maja 2019

Hej kochani! Jeśli jeszcze nie wiecie, to muszę Was uświadomić, że uwielbiam filmy Marvela z całego serca. Na pewno nikt z Was nie pominął też faktu, iż Avengers: Endgame jest już w kinach - w końcu odniósł spektakularny skuces. Mimo, że nie jest to blog poświęcony recenzowaniu filmów, to czuję, że muszę napisać ten post i podzielić się moimi emocjami. UWAGA SPOILERY!

Po zakończeniu Avengers: Infiniti War siedziałam w kinie z otwartą buzią w totalnym szoku i zachwycona filmem. Czekałam na Endgame miesiącami, jednocześnie chodząc na wszystkie ekranizacje, które pojawiły się w międzyczasie, które tylko podsycały mój apetyt. YouTube i Instagram również nie pozwalały mi zapomnieć o nadchodzącej premierze. Wysłuchałam dziesiątek spekulacji i omówień zwiastunów. W końcu obejrzałam tak długo wyczekiwany film. I co? Jestem zła na samą siebie, że jestem ewenementem, który nie jest zachwycony tą produkcją!

Najbardzjej boli mnie, że postać Thora została tak zniekształcona. Mój ukochany bóg piorunów popadł w depresję, przytył kilkadziesiąt kilogramów i wyhodował jakąś wiewiórkę na twarzy. Cały film miałam nadzieję, że pioruny przyspieszą mu metabolizm i wróci do formy. Jednakże to już nie jego aparycja stanowi największy problem, ale to, że jak dla mnie stał się postacią, z której ludzie mogli się głównie śmiać. Nie dostał swojej chwili sławy, przecież jest jednym z najważniejszych bohaterów uniwersum, a w kluczowej walce był prawie bezużyteczny. Nie dostał możliwości wykazania się. Uwielbiam Chrisa Hemswortha i uważam, że jego potencjał nie został wykorzystany. Mam nadzieję, że w Strażnikach Galaktyki da czadu 😉

Kapitan Marvel została wezwana na koniec Infiniti War i już wtedy budziła moje wielkie zainteresowanie. Następnie obejrzałam film o niej i polubiłam ją, mimo, że była trochę zbyt idealna i potężna, chociaż w mojej głowie pojawiła się myśl "zrobi niezłą rozróbę". No i co? No i jej nie zrobiła, musiała ratować inne światy i było jej strasznie mało. Pokładałam w niej wielkie nadzieje. Jak widziałam w zwiastunie jej krótką "pogawędkę" z Thorem, to myślałam, że powstanie między nimi niesamowita relacja pełna sarkazmu i humoru, tymczasem nie miała ona nawet szans się wytworzyć.

Seans trwał trzy godziny i nie mogę powiedzieć, że mi się dłużył, jednakże usunęłabym kilka krótkich scen, które nie wnosiły nic ważnego do fabuły, co nadałoby więcej dynamiki. Zamiast nich możnaby wcześniej dodać jakąś scenę akcji.

Wyrzuciłam z siebie żale i można pomyśleć, że widzę w tym filmie same minusy. Zupełnie nie!

Efekty były na bardzo wysokim poziomie i nadal zapierały dech. Marvel pod tym względem nie zawodzi.

Dodatkowo śmierci bohaterów, jak źle by to nie zabrzmiało, zostały bardzo ładnie zrobione. Mimo, że trafiłam na spoilery przed seansem (swoją drogą dla takich ludzi znajduje się specjalne miejsce w piekle), to wywołały we mnie wiele emocji i nie byłam w stanie powstrzymać łez. Jestem też bardzo zadowolona z zakończenia historii Kapitana Ameryki, będzie mi go brakować w kolejnych produkcjach, ale wszystko jest spójne i przemyślane. Ostatnia bitwa, w której pojawili się wszyscy bohaterowie tego uniwersum była pożegnaniem i przyjemnie było zobaczyć ich wszystkich na jednym ekranie.

Film wywołał we mnie wiele emocji i uważam, że to była dobra produkcja, jednakże ciężko mi zrozumieć zachwyt innych. Przez te wszystkie miesiące bańka z oczekiwaniami rosła, spodziewałam się czegoś niesamowicie spektakularnego, a kiedy przyszło co do czego czuję... niedosyt. Uwierzcie, chciałabym podzielać podziw innych, ale zbyt mocno wkręciłam się w ten świat i widocznie zbyt wiele oczekiwałam. Avengers: Endgame oceniam 8/10. Dla porównania Avengers: Infiniti War 10/10.

Dajcie znać jakie są Wasze wrażenia po seansie i czy znajdzie się wśród Was osoba, która podziela moje zdanie :)

Pozdrawiam serdecznie
Gosia



środa, 1 maja 2019

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z książką Opowiem Ci o zbrodni. Jest to zbiór opowiadań przedstawiających prawdziwe kryminalne historie. Został napisany przez popularnych polskich autorów, ale myślę, że warto podkreślić, że z twórczością żadnego z nich nie miałam wcześniej kontaktu. Zapraszam do recenzji!



***OPIS***


Najgłośniejsze polskie „pióra kryminalne”, czyli Katarzyna Bonda, Igor Brejdygant, Wojciech Chmielarz, Marta Guzowska, Małgorzata i Michał Kuzminscy, Katarzyna Puzynska i sześć wybranych przez nich prawdziwych zbrodni, które wstrzasneły Polska. Pisarze analizowali głośne sprawy, opierając się na nagich faktach z policyjnych i sądowych akt. 

Sześć tragedii i próba zrozumienia sytuacji, które do nich doprowadziły. Każdy z autorów przeanalizował okoliczności towarzyszące przestępstwom – rozmawiając z profilerami, patologami, psychologami, specjalistami-kryminologami czy analizując akta – i opisał wybraną historię. Wszyscy zrobili to w charakterystyczny dla siebie sposób, posługując się językiem, do którego przyzwyczaili swoich czytelników. 

"Twórcy programu Opowiem ci o zbrodni przedstawili elicie pisarzy kryminalnych kilkadziesiąt spraw, które w swoim czasie wstrząsnęły Polską. Pisarze mogli z tego różnorodnego wachlarza dramatycznych zdarzeń wybrać temat, który najbardziej ich zainteresował. Autorzy pokazują morderców i ich ofiary trochę inaczej niż zwykle, a przede wszystkim podejmują próbę odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Żadne z tych opowiadań nie jest podobne do pozostałych, każde ma odmienny styl narracji i prowadzi czytelnika do pointy różną drogą."
Ze wstępu Michała Fajbusiewicza

Na podstawie książki powstał scenariusz programu telewizyjnego, w którym narracja jest prowadzona przez samych pisarzy w charakterystycznych dla nich sposób. Dopełnieniem każdego odcinka są aktorskie rekonstrukcje wydarzeń przedstawionych w opowiadaniu, jak również rozmowa autora z ekspertem, którego obecność okaże się niezwykle ważna dla przebiegu opowieści.

***RECENZJA***


Na uwagę na pewno zasługuje wydanie tej pozycji. Posiada ona skrzydełka, a jak wiecie zawsze zwracam na to uwagę. Przed każdym opowiadaniem jest notatka o autorze, co doceni wiele osób. Znajdziemy tu także zdjęcia. Nie jest ich bardzo dużo, ale pojawiają się wystarczająco często, żeby dodać książce klimatu.

Autorzy mieli niełatwe zadanie, gdyż na podstawie rozmów i akt mieli napisać opowiadania. Jednocześnie musieli wykreować bohaterów i stworzyć profil psychologiczny mordercy. Musieli znaleźć motywy i odpowiedzieć na pytanie: dlaczego?




Tego typu zbiorek ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że ciekawe historie zostają przedstawione w sposób treściwy i nie zostają na siłę rozciągnięte na kilkaset stron. Minusem jest to, że nie trzymają one w napięciu. Jesteśmy ciekawi historii, ale brakuje tego dreszczyku.

Każde z opowiadań wyróżnia się charakterystycznym stylem pisania każdego z autorów, co również jest ciekawym doświadczeniem. 

Najbardzjej podobały mi się opowiadania Wojciecha Chmielarza i Katarzyny Bondy. Historie były ciekawe, a ja jestem zainteresowana innymi pozycjami ich autorstwa. Pozytywne emocje wywołał we mnie też Igor Brejdygant. Za najsłabsze uważam opowiadania Marty Guzowskiej oraz państwa Kuźmińskich. Mimo, że sprawy były ciekawe, to sposób ich opisania mnie męczył i nudził.

Jeśli jesteście fanami któregoś z tych autorów, to myślę  że warto dołączyć tę pozycję do swojej kolekcji. A może chcecie sięgnąć po książki tych autorów, ale nie wiecie czy przypadną Wam do gustu? W takiej sytuacji też warto je kupić. ALE. Jeśli nie jesteście fanami tego typu zbiorów, to może lepiej zakupić książkę konkretnego autora.

Pozdrawiam serdecznie 
Gosia
Cześć Kochani!
Cieszę się, że mogę się do Was odezwać po dłuższym czasie. Niestety nauka do egzaminów i innych ważnych testów zmusiły mnie do dłuższej przerwy w prowadzeniu bloga, jednak kiedy to wszystko już się skończyło - mogę powrócić do aktualizowania Ogrodu Życia.

Czy na Malcie jest Nyx

W dzisiejszym wpisie zrecenzuję dla Was paletkę firmy  NYX  z kolekcji The Runway Collection. Dokładniej jest to paleta w odcieniu 02 Strike A Pose.

Dostępność, cena i opakowanie palety  NYX Strike A Pose.

W skład palety wchodzi 10 cieni, a opakowanie wyposażone jest w lusterko, które umożliwia wykonywanie makijażu i idealnie sprawdzi się podczas podróżowania.

Została ona zakupiona przeze mnie podczas wakacji na Malcie. W miejscowości, w której znajdował się hotel, w którym pomieszkiwałam, akurat znajdował się sklep stacjonarny NYX, więc postanowiłam do niego zajrzeć i tam zakupiłam przecenioną z 10 na 4 Euro paletę. Zdjęcia zostały wykonane jeszcze podczas owego wyjazdu, dlatego widzicie na nich widok ze Sliemy na cudowną Valettę.

Strike A Pose kolory

Dodatkowo do palety dołączony jest pędzelek, a właściwie niewielkich rozmiarów pacynka. Usiłowałam malować się nią podczas podróży, kiedy nie miałam ze sobą pędzli. Nie przyniosło to najlepszych rezultatów, dlatego zrezygnowałam z jej używania. Zdecydowanie preferuję pędzle.

Jeśli chodzi o opakowanie, jest ono wykonane z niezbyt solidnego plastiku, na którym zostają ślady palców, co przy późniejszym użytkowaniu nie wygląda estetycznie.

Kosmetyki nyx opinie

Pigmentacja, łączenie kolorów, blendowanie, formuła, osypywanie się cieni w NYX Strike A Pose Palette.

Przy nakładaniu cieni na pędzel, dość mocno się one osypują, a po otrzepaniu pędzla z nadmiaru produktu nie pozostaje na nim prawie nic. Lusterko i opakowanie szybko się brudzą przez osyp cieni. Przy aplikacji sytuacja nie wygląda dramatycznie, aczkolwiek pojawia się niewielki osyp i twarz błyszczy się przez połyskujące drobinki zawarte w cieniu. Z tej przyczyny lepiej najpierw nałożyć cienie, a następnie podkład.

W palecie znajdziemy same połyskujące cienie, przez co paleta nie jest uniwersalna i potrzeba innej do wykonania pełnego makijażu. Choć to zależy od indywidualnych preferencji - ja potrzebuję matowych cieni, nie wyobrażam sobie przyciemniania wewnętrznego kącika połyskującym cieniem. Mogłoby się wydawać, że biel i czerń w Strike A Pose Palette, to maty, choć po wykonaniu swatcha widać, że delikatnie błyszczą.

NYX zdjęcia

Pigmentację cieni oceniam jako dobrą, przynajmniej jeśli chodzi o to, jak prezentują się na palcu i dłoni. Po nałożeniu na oczy, pigment już nie jest tak wyraźny. Po blendowaniu cieni ze sobą... Po prostu zanikają. Wyjątkiem jest jedynie czarny cień, ale w celu uzyskania pożądanego efektu, konieczne jest jego kilkukrotne dokładanie. Jednak po łączeniu cieni ze sobą, powieka i jej najbliższe okolice, są całe w błyszczących drobinach, co wygląda nieestetycznie.

Testowałam paletę na czystej powiece, jak i przypudrowanej, z bazą i z korektorem. Trwałość kosmetyku była najlepsza w przypadku oka, na którym znajdował się korektor. Jednak i tak nie była ona satysfakcjonująca. 

Stosowałam także różne metody aplikacji cieni. Najlepiej sprawdził mi się zmoczony, spłaszczony, pędzel oraz palec.

Testowałam produkt również z paletą Kylie, w celu sprawdzenia jak zachowywałby się jako paleta uzupełniająca. Niestety efekt był podobny - po blendowaniu z innymi cieniami - zanikał.

Czy warto kupić paletkę NYX Strike A Pose 10 Color Eyeshadow Palette The Runway Collection?

Swoją drogą, dość długa ta nazwa... :D Moim zdaniem nie warto kupować tej palety. Co prawda kolory są piękne, a cena dość niska. Choć kupując bez promocji, zapłacilibyście za nią 10€, czyli około 43 zł. W tej cenie możecie kupić na przykład dobrą paletę Makeup Revolution, w której będzie więcej kolorów, a kosmetyk będzie lepszy jakościowo. Jeśli chcecie przeczytać recenzję palety Makeup Revolution, kliknij ten napis 😊.

Testowaliście tę paletę? Co o niej sądzicie? Polecacie inne palety NYXa? A może macie ulubione palety z innych firm? Podzielcie się tym, proszę, w komentarzach.

Runway Collection

Miłego dnia!
Oliwia ❤☀

czwartek, 14 marca 2019

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Szkoły szpiegów, czyli książki, która ma zlikwidować pewne bariery pamięciowe i przekształcić Wasze umysły w mózgi szpiegów - wyłapujące wszystkie szczegóły z otoczenia. Zapraszam do recenzji!



***OPIS***


Rosyjski wydawniczy bestseller „Szkoła szpiegów” nareszcie trafia do rąk polskiego czytelnika! Poznaj sekret niezawodnej pamięci i przekonaj się, czy jesteś dobrym materiałem na profesjonalnego szpiega.Większość ludzi, słysząc słowo „szpieg”, wyobraża sobie rozmaite gadżety – laserowe długopisy albo wybuchające zapalniczki. Tymczasem najważniejsze narzędzie tajnego agenta to jego własny mózg. Sprawny umysł jest niezbędny w pracy wywiadowczej, której specyfika wymaga przestrzegania zasad ścisłej konspiracji. Agent często nie może niczego zapisać – musi polegać wyłącznie na swoim mózgu i jego zdolności do rejestrowania oraz odtwarzania z absolutną dokładnością ogromnych ilości informacji.Dzięki tej książce dowiesz się, jak poprawić swoją pamięć i bystrość umysłu, wykonując rozmaite ćwiczenia, które od lat wykorzystywane są w procesie szkolenia najlepszych szpiegów na świecie. Przyswoisz sobie umiejętności, które zdały egzamin w najtrudniejszych możliwych warunkach, i nauczysz się w pełni wykorzystywać potencjał swojego mózgu.„Szkoła szpiegów” pełna jest zagadek, łamigłówek, testów i przydatnych trików, a wszystko to okraszone zostało trzymającą w napięciu szpiegowską historią z czasów zimnej wojny.


***RECENZJA***


Najpierw muszę Wam opowiedzieć o wydaniu tej książki, którym zachwycam się za każdym razem, kiedy mam ją w rękach. Oprawa, jak to w większości polskich wydań, jest miękka, ale porządnie wykonana. Tłoczenia i projekt okładki również dostają plusa, a fakt, że stanowią one pierwszy test Waszej spostrzegawczości... No super, to dodatkowo podsyciło moją ekscytację. Mamy również skrzydełka. Jednakże najważniejsze jest to, co znajdujecie po otwarciu książki, a jest to jeszcze lepsze. Strony są grube i porządne, ale to, co się na nich znajduje mnie zachwycało. Mam na myśli wyodrębnienie konkretnych części, np. akta wyglądają jak prawdziwe akta, mamy różne fotografie, notatki są pisane jakby na kartach w linie. Te wszystkie elementy dobrze prezentują się wizualnie, ale są też ważną częścią zapamiętywania przez Was informacji, gdyż większość z nas jest wzrokowcami. Dzięki takiemu zapisowi więcej zostaje w naszej pamięci.



Bycie szpiegiem nie jest łatwe, co ta książka pokazuje, bo wiadomo, że nie zostaniecie mistrzami w tym fachu po niecałych 300 stronach, jednakże jest tu dużo zadań i ćwiczeń. Niektóre są proste, inne wymagają większego zaangażowania. Między nimi przeplata się wątek fabularny, który dodaje całej historii smaczku.

Kończyłam kiedyś specjalny kurs, na którym też poznawałam techniki lepszego zapamiętywania większej ilości informacji. Część ćwiczeń się powiela, jednakże ich zakres przedstawiony w książce jest dużo większy. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że stosuje te techniki często w szkole i są bardzo przydatne.



Jest to krótka książka, pełna ćwiczeń i informacji, do której możecie wielokrotnie wracać. Co jakiś czas pojawiają się testy, dzięki którym możecie sprawdzić, jak dużo informacji wyłapaliście z tekstu (na końcu są odpowiedzi). Jeśli wykażecie się wytrwałością, to możecie zobaczyć zaskakujące efekty. Polecam!

Pozdrawiam ciepło!
Gosia

niedziela, 24 lutego 2019

Cześć! Od pewnego czasu nie pojawiały się u mnie recenzje kryminałów, więc postanowiłam nadrobić zaległości. Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Wiara, miłość, śmierć - zapraszam!

***OPIS***


Czy w świecie pełnym przestępstw można jeszcze w cokolwiek wierzyć?

Duisburg. Na moście nad Renem stoi policjant gotowy do skoku. Duchowny Martin Bauer, chcąc go powstrzymać, wspina się na barierkę i sam rzuca się w toń. Zaskoczony funkcjonariusz skacze mu na pomoc. Wspólnie dopływają do brzegu. Bauer zaryzykował i wygrał. Jednak kilka godzin później policjant ginie po upadku z dachu garażu. Wszystko wskazuje na samobójstwo − przeciwko mężczyźnie toczyło się dochodzenie w sprawie nadużyć finansowych. Bauer nie wie już, w co ma wierzyć, a rodzina zmarłego tylko pogłębia jego wątpliwości. Szukając prawdy, stawia wszystko na jedną kartę…


***RECENZJA***


Mocnym elementem tej książki są bohaterowie, do których kreacji autor zdecydowanie się przyłożył. Martin Bauer jest dość niecodzienną główną postacią jak na kryminały. Uznał, że nie nadaje się na "zwykłego" księdza i został policyjnym duchownym. Spokojnie, wiara nie wychodzi na pierwszy plan, a wszystko jest starannie wyważone. Jest on kochającym mężem i ojcem z ciekawym podejściem do życia.

Mamy tutaj narrację trzecioosobową z perspektywy różnych osób, ale nie będę Wam opisywać ich wszystkich. Bardzo podobali mi się również ci, którzy byli na drugim planie, a także tacy, którzy pojawiali się tylko chwilowo, ale dbałość o szczegóły autora sprawiła, że sceny z nimi zostały w mojej pamięci.

Tilo to syn policjanta, który zginął na pierwszych stronach książki. Sama jego kreacja i postępowanie zostały dobrze opisane, jednak, moim zdaniem, nieadekwatnie do jego wieku. Chłopiec ma 15 lat, na po jego zachowaniu dałabym mu może z 12, ale to tylko szczegół.

Bohaterowie są różnorodni, mają odmienne charaktery, podejście do życia, priorytety, a także sposób patrzenia na sytuację. Dzięki temu, że mają możliwość poprowadzenia narracji, my otrzymujemy nowe dane. Nie są to postaci, które będziecie wspominać przez długi czas, ale na pewno są bardzo ważnym i dobrym elementem książki.

Szczegóły podzieliłam  na dwie kategorie.
Zacznijmy od tych dobrych. Autor pisze starannie i myślę, że przemyślał każdą scenę. Pojawiają się tu także takie momenty, które mimo, że nie stanowiły istotnego elementu dla fabuły, to potrafiły mnie urzec, np. scena z bezdomnym - mimo, że żaden ze mnie poeta, to jej symbolika wyjątkowo do mnie trafiła.
Z kolei te niezbyt dobre, to takie, które zupełnie nie były potrzebne i możnaby je wyciąć z książki, bo nie mają żadnego znaczenia i nic nie wnoszą do fabuły. Po usunięciu ich pozycja ta nabrałaby więcej dynamiki, której tutaj jest trochę za mało.

Niestety akcja nie jest jednostajna. Stopniowo narasta, chociaż są momenty, w których zwalnia. Nie sprawia to, że książka jest nudna, ale jednocześnie nie pochłania czytelnika w całości i pozwala się odłożyć.

Nie jest to bardzo dynamiczny kryminał, który by często zaskakiwał, ale uważam, że jest warty Waszej uwagi. Jeśli nie potrzeba Wam wielu zwrotów akcji i nowych faktów uderzajacych w Was na każdej stronie - to możecie śmiało sięgać po tę pozycję.

***MOJA OCENA***

★★★★★★★☆☆☆


Pozdrawiam 
Gosia

czwartek, 14 lutego 2019

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z Addicted Podwójna namiętność. Dawno nie marudziłam, prawda? Czas to zmienić, bo bardzo się zawiodłam i jestem zła, że książka, do której miałam pewne oczekiwania ich nie spełniła.


***OPIS***


Nieśmiała, drobna Lily Calloway, niepotrafiąca powiedzieć „nie”, rumieniąca się nawet w towarzystwie chłopaków, ma poważny problem – jest uzależniona od… seksu. Kolekcjonuje akcesoria erotyczne oraz filmy i praktycznie codziennie zalicza numerki w klubach nocnych. Jej przyjaciel Loren Hale to z kolei zabawny, cyniczny szkolny outsider żyjący w cieniu ojca. Chłopak szuka w alkoholu ucieczki przed problemami. Aby ukryć swoje słabości przed rodziną, Lily i Lo decydują się na fałszywy związek – oznacza to zamieszkanie razem, pójście do college’u i, co najważniejsze, odcięcie się od krewnych. Przyjaźnią się od małego, więc wspólne ukrywanie swoich niedoskonałości nie przysparza im problemów. Do czasu.

To pasjonująca historia dwojga życiowych rozbitków, którzy udają parę, by pomagać sobie w życiu wypełnionym nałogami, i stać za sobą murem.

Pierwszy tom z serii, która skradnie serca nastolatków.

***RECENZJA***


Zacznijmy od minusów - skoro już dałam taki chwytliwy tytuł, to raczej warto się do niego odnieść. Jak wiecie z opisu książki główni bohaterowie są uzależnieni. Jakie miałam oczekiwania? Że mimo, że będzie to książka nastawiona na romans, to będziemy mogli zobaczyć walkę postaci z nałogami. Może nawet stereotypowo lecznicze działanie miłości na ludzi - nie pogniewałabym się, odmóżdżacze są aktualnie u mnie mile widziane. Ale nie. Ja naprawdę rozumiem, że trzeba rzucić bohaterom kłody pod nogi, bo coś się musi dziać, ale kiedy jakiś fakt tak bardzo podkreśla się w opisie, to chyba warto to jakoś rozwinąć. Czyli co, nie ma tam jednak opisów uzależnień? No są, ALE przez całą książkę czytamy tylko o tym, że nasi bohaterowie je bardzo lubią. Nawet przeszkadza im czasem nałóg drugiej połówki, ALE nic z tym nie robią, bo egoiści myślą tylko o sobie - ale ten temat jeszcze rozwinę za chwilę. Wyobraźcie sobie, że postanawiają oni się leczyć dopiero na ostatnich stronach książki. Więc czy można liczyć na opisy jakiś trudności z tym związanych, wzajemnej miłości i wspierania się w trudnych chwilach? Absolutnie nie.

Gdyby autorki zdecydowały się szybciej przedstawić walkę z nałogiem, to też byłoby co innego. Jednakże w trakcie lektury, nie licząc kilku momentów, możemy jedynie widzieć, że z jest im z nim po prostu dobrze. I przeważnie z problemem drugiej połówki także.

Uzależnienia tutaj są przedstawione, jako "nic złego". No takie wrażenie można często odnieść. Bo nie licząc momentów, że np. Lily boi się, że Lo może się już nie obudzi po takiej ilości alhokolu, to im to nie przeszkadza. Rozumiem, że tacy ludzie postrzegają świat trochę inaczej, ale żeby nie starać się pomóc ukochanej osobie, której życie się właśnie wali?

Gdzie ta wielka miłość? Ok, znają się od dzieciństwa, nie mają przed sobą sekretów. Przez 3 lata prowadzą udawany związek, aby brzydsza strona życia mogła pozostać schowana, ALE ponownie: skoro się kochają od tyłu lat, to powinni jakoś bardziej to sobie okazywać, bo tutaj mamy głównie pozytywne myśli o własnym nałogu.

Bolał mnie fakt, że przez większość czasu głowni bohaterowie byli takimi egoistami. W pewnym momencie Lily otrzymuje pomocą dłoń, która ma ratować Lo, a ona tej "pomocnej ręce" najpierw odmawia, a potem niezbyt stara się jej ułatwić zadanie. Sama nie próbuje nawet zabrać ukochanemu alkoholu. Prawda jest taka, że prawdopodobnie nie osiągnęłaby pożądanego efektu, ale fakt, że się stara zostałby odnotowany w mojej głowie.
Lo jako przyjaciel nie spisywał się za dobrze. Wiedząc, że jest ona seksoholiczką celowo ją prowokował będąc jeszcze w fałszywym związku, ale nie tylko. I mimo, że jest później wyjaśnione dlaczego to robił, to jego zachowanie było po prostu głupie.

Będąc w związku na pokaz trzeba jakoś utweirdzić otoczenie w swoim uczuciu, ale bez przesady. Trzymanie się za rękę, obejmowanie się czy buziak byłyby lepsze, niż wzajemna próba połknięcia swoich twarzy. Już nie wspominając, że niektóre momenty były po prostu niesmaczne. Na szczęście nie ma tu opisów scen seksu, bo byłoby tego zdecydowanie za dużo. Jest to literatura klasyfikowana do gatunku young adult - literatura obyczajowa i romnas.

No to nareszcie przejdźmy do plusów, bo pewne też się tu znalazły :)
Bohaterowie drugoplanowi Rose i Connor, to para, o której również zostanie wydana książka i z chęcią ją przeczytam. Są to postacie , o ciekawych charakterach. Bardzo ich polubiłam.

Podobał mi się również styl pisania autorek, mają one zdecydowanie lekkie pióro, dzięki któremu książkę czyta się bardzo szybko i... Pod tym względem przyjemnie 😂

Nie jest najgorsze zło, jakie ujrzał nasz świat, jednakże pewne sytuacje mnie bardzo bulwersowały, tak że w mojej głowie szybko w czasie lektury zaczęła powstawać ta recenzja. Jak widzicie na zdjęciu (i wiecie z instastory @ogrod_zycia), niedawno i niespodziewanie dotarł do mnie drugi tom tej serii. I... Może za jakiś czas nawet go przeczytam i dam Wam znać. Pomyślcie, że jestem masochistką, ale ta część będzie miała rzeczy, których mi w tej brakowało i nie miała tych, które tutaj mnie wkurzały. A styl autorek jest naprawdę przyjemny, więc w najgorszym wypadku stracę wieczór lub dwa, ale dam jeszcze szansę tej historii na zrehabilitowanie się.

Pozdrawiam,
Gosia

piątek, 18 stycznia 2019

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Filarów świata. Kiedy zobaczyłam, że w książce pojawiają się fae, to już wiedziałam, że tę pozycję muszę przeczytać w najbliższym czasie. W końcu fae = Sarah J. Maas, czyli moja ukochana autorka. Recenzje całych serii oraz pojedynczych tomów znajdują się na blogu 😉 Mimo, że opis nie wskazywał na znaczące podobieństwa między seriami, nie mogłabym przejść obok tej książki obojętnie. Zapraszam do poznania mojej opinii na jej temat.




***OPIS***


Ari, najmłodsza z wielopokoleniowego rodu czarownic, przeczuwa nadchodzące zmiany – zmiany na gorsze. Od wieków jej poprzedniczki opiekowały się Starymi Miejscami, dbając o to, by ziemie te pozostawały bezpieczne i płodne. Ale wraz z nadejściem Letniego Księżyca nastroje wśród jej sąsiadów stają się coraz bardziej napięte. Ari nie jest już bezpieczna.
Fae od dłuższego czasu ignorowali zmiany zachodzące w świecie śmiertelników, a do cienistego świata podróżowali jedynie po chwile dobrej zabawy. Tymczasem drogi powoli zaczynają znikać, skazując klany Fae na izolację i samotność.Choć światy duchowy i naturalny kiedyś pozostawały ze sobą w harmonii, dziś do uszu zarówno Fae, jak i śmiertelników, docierają akordy, które nie chcą ze sobą współbrzmieć. A kiedy przez miasto przetoczą się pomruki polowań na czarownice, niektórzy zaczną się zastanawiać, czy te dziwne znaki nie są przypadkiem różnymi nutami tej samej melodii.
Jedyna wskazówka, która ich wszystkich prowadzi, to niejasna wzmianka o Filarach Świata…"

***RECENZJA***


Poza oczywistą kwestią, czyli obecnością fae w książce znajdują się tu również wiedźmy oraz zwykli ludzie. Możnaby na siłę szukać tutaj dalszych podobieństw między dwoma seriami, ale nie są tak wyraziste. Pojawiają się również Inkwizytorzy, którzy rozpoczynają polowania na czarownice.

Co mi pierwsze przychodzi na myśl w kwestii plusów tej książki? Jej prawdziwość i realizm. Było to coś zupełnie innego, niż można spotkać w tego typu książkach. Wiadomo, że magia, magiczne istoty nie stanowią naszej codzienności, ale jednak ta książka przedstawiała dużo sytuacji bardzo rzeczywiście i bez ubarwiania. Fae to w większości zakochani w sobie egoiści, którzy zrobią wszystko, aby zapewnić sobie wygodę. Bohaterowie myślą racjonalnie. Ari w 98% książki potrafi używać mózgu i już na początku potrafi się zdecydować na odpowiedniego faceta. Nie siedzi i nie analizuje niepotrzebnych argumentów. Jak na lubię myślących bohaterów.



Akcja stopniowo narasta, ale były momenty, w których zwalniała. Połowa fragmentów z Wielkim Inkwizytorem mnie nudziła lub wkurzała, ale to ze względu na jego podejście do życia. Mamy tu czarny charakter, który trzeba nienawidzić. Narracja jest prowadzona z perspektywy różnych bohaterów. Przyjemnie jest patrzeć, jak ich losy się łączą i jakie zachodzą w nich zmiany, a zachodzą i to też jest duży plus.

Ale żeby nie było zbyt różowo... Na początku jest za dużo seksualności, która przyćmiewa akcję. Nie jest to literatura erotyczna, zupełnie nie. To jest bardziej myślenie o tym, ale w normalny bądź wypaczony sposób. Fae chcą iść do świata ludzi, żeby się zabawić, inni z kolei o tym, że nie chcą, Ari myśli o znalezieniu kogoś na stałe i o Letnim Książęcu (nie zdradzę o co dokładnie chodzi), potem pojawia się jej były kochanek, który zabrania jej "podnoszenia spódnicy dla kogoś innego, bo pożałuje", a na dodatek podczas polowania na czarownice facet każe związać dziewczynę razem ze spodnicą "żeby nikt się nią nie skaził", a tak naprawdę chce ukryć ślady tortur. Tego na początku było tak dużo... Tematy te się powtarzały, bądź pojawiały jeszcze nowe, ale przecież nie będę Wam wszystkiego pisać. Tak czy inaczej ten Letni Książc jest bodźcem, dzięki któremu akcja może potoczyć się w odpowiednim kierunku.

Żebym zżyła się szczerze z bohaterami, muszą oni zostać naprawdę niesamowicie wykreowani. Najbardziej zdecydowanie uwielbiam tych od Maas. Jednakże nie mam do tych żadnych zastrzeżeń. Są różnorodni, dynamicznie, wywołują odmienne emocje, nie są idealni w naszych oczach ze względu na cechy, które wykazują, ale jednocześnie są przez to bardziej prawdziwi. Najbliższa perfekcji jest Ari, która jest raczej spokojna i miła, a ja czekam na jej rozwój (także ten magiczny) w kolejnych tomach. To jej losy śledziłam z największą ciekawością. Do moich faworytów należą Neall i Morag. No dobrze, Neall również był cudowny, potrafił nas zaskoczyć, a jednocześnie ma cudowny charakter. Morag z kolei to niezwykle dynamiczna postać, zdecydowana i niebezpieczna. Sami musicie ją poznać 😉

Największy pokaz magicznych zdolności pojawia się dopiero pod koniec książki i dopiero tam dostrzegamy prawdziwą potęgę. Autorka mogłaby pokusić się o trochę więcej opisów, jednakże byłam zadowolona z zakończenia.



No właśnie... Zakończenie. Jest ono takie, że jak dla mnie ta historia się zakończyła, ale widzę, że są kolejne strony serii. Autorka dała nam nadzieję na książkę, z której magia będzie mogła się wylewać i być pełna akcji, po tym co zaprezentowali bohaterowie na końcu. Wiele elementów w zakończeniu na to wskazuje. Jednakże jak ma zamiar do tego doprowadzić? Nie mam pojęcia, ale jestem bardzo ciekawa i z chęcią sięgnę po kolejny tom.

Czy polecam? Tak. Mimo niedoskonałości coś nie pozwalało mi odkładać tej książki, sprawiało, że wracałam do niej myślami w wolnych chwilach i byłam ciekawa losów bohaterów. Akcja nie wylewa się z każdej strony, ale widzę potencjał na kolejne tomy. Jeśli wszystko rozwinie się tak, jak tego oczekuję, to seria może należeć do tych, które zapadają w pamięci. Mam nadzieję, że tak będzie. Filary świata to ciekawa powieść, nieco odmienna i myślę, że to mnie tak do niej przyciąga.

***MOJA OCENA***

★★★★★★★★☆☆


Pozdrawiam ciepło!
Gosia

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Hejka! Razem z Oliwią życzymy Wam szczęśliwego Nowego Roku, a na zakończenie 2018 zdecydowałam się dodać na bloga optymistyczny akcent w postaci "recenzji" tych cudownych książek. Jest to czwarty i piąty tom serii Szklany tron - mojej ulubionej serii, o której ostatnio Wam opowiadałam. Recenzje pozostałych części (łącznie z 5.5) znajdują się już na blogu.



Właściwie to nie będzie typowa recenzja, ale post, który czytelnicy Maas powinni przeczytać. Dlaczego? Dlatego, że niektórzy poddają się po trzecim tomie, albo są po nim bardzo zniechęceni do całej serii. Sama również uważam, że Dziedzictwo ognia to najsłabsza książka Maas, ale... No cóż, cała zła nie jest, a to w niej następuje rozkwit całej serii. Początek jest słaby - jedynie wątek Aelin cały czas mnie ciekawił, ale przy innych miałam ochotę odłożyć książkę. I faktycznie pojawiają się tam niepotrzebne nikomu do szczęścia momenty, jednakże samo wprowadzenie do tych wątków jest bardzo ważne.

Kiedy czytałam o Dorianie, Chaolu (polubiłam go ponownie dopiero w tomie 5.5) oraz Manon - nudzilam się. ALE. Po tej części nastąpiła Królowa cieni, po której przeczytaniu myślałam, że już lepiej być nie może, że Maas osiągnęła już taki poziom i tak rozbudowała swój świat, że już lepiej być nie może. Zaakceptowałam wtedy te postacie, zaczynałam je nawet lubić. Aelin i Rowana oczywiście uwielbiałam z całego serca.



Jednakże po przeczytaniu Imperium burz zmieniłam zdanie. Mogło być lepiej i było. Ta książka mnie po prostu zmiażdżyła. Po roku od jej zakończenia przeczytałam jeszcze raz ostatnie kilkadziesiąt stron - nadal płakałam. Strasznie zżyłam się z bohaterami, a zakończenie niszczy emocjonalnie. Ta książka pęka w szwach od akcji, przepełnia ona każdą stronę, nie pozwala odłożyć książki. To po prostu bomba emocjonalna. Warto też wspomnieć  że po kochałam pozostałych bohaterów

Aelin jest doskonała w swojej niedoskonałości. Perfekcyjni i gloryfikowani bohaterowie są po prostu nudni. Uwielbiam jej sarkazm, poczucie humoru, wytrwałość, to, że jest zdolna do ogromnych poświęceń. To moja ulubiona bohaterka książkowa.



Rowan zaraz po Rhysie to mój drugi mąż książkowy, więc co tu więcej dodać? Mam nadzieję, że Maas nie zabierze mu pazura, bo trochę złagodniał w Imperium burz.

Czwarty i piąty tom serii Szklany tron, to niesamowite rozwinięcie pierwszej części. Uniwersum stworzone przez Maas jest bardzo obszerne i bardzo szanuję ją za pomysłowość. Ten podział światów, relacje między bohaterami, moce, nawet polityka wszystko zostało rozbudowane, nic nie jest pominięte, a jednocześnie nadmiar informacji nie przytłacza.

Jeśli mieliście jakieś wątpliwości co do kontynuacji tej serii, to mam nadzieję, że one już nie istnieją. Każda strona tych cegieł jest cudownym fragmentem absolutnie niesamowitej całości. Mam nadzieję, że pokochacie tę serię równie mocno jak ja💖

Szczęśliwego Nowego Roku!
Gosia

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Hejka kochani! Ostatnio przeczytałam Bez złudzeń i dzisiaj właśnie przychodzę do Was z moją opinią. Niestety nie miałam możliwości szybciej napisać recenzji, ale myślę, że dzięki temu mogę podejść do tematu z większym obiektywizmem.



***OPIS***


Fascynująca opowieść o blaskach i cieniach życia, a także o zwycięstwie dobra i miłości. Mia Sheridan, autorka z listy bestsellerów „New York Timesa , przywraca wiarę w drzemiącą w miłości moc uratowania każdego ” człowieka.
Kobieta, którą skrzywdzono...
Osierocona przez matkę jako mała dziewczynka, egzystująca kątem u biologicznego ojca, zgwałcona przez jego kompana, Eloise wzrasta w poczuciu bezradności i osamotnienia wobec otaczającej ją rzeczywistości. Kończy szkołę średnią, ale zdana wyłącznie na siebie, pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia, ostatecznie zatrudnia się w klubie, gdzie skąpo ubrana tańczy na rurze. Przybiera imię Crystal i jako bardzo urodziwa kobieta szybko zyskuje popularność. Wcale jej to nie cieszy, brzydzi się oglądającymi ją, często na wpół pijanymi oraz namolnymi mężczyznami, ale musi zarabiać na swoje utrzymanie. Z obojętności i nieufności wobec nich, a także wszystkich innych przedstawicieli tej płci czyni swoją zbroję - o wiele lepiej nie czuć zupełnie nic, niż dać się zranić. Pewnego wieczoru zauważa w klubie mężczyznę ewidentnie różniącego się wyglądem i sposobem zachowania od stałych bywalców. Po występie dowiaduje się, że poprosił szefa klubu, by mógł z nią porozmawiać.
Mężczyzna potrzebujący pomocy...
Gabriel Danton uważa, iż niemal do końca zrzucił z siebie ciężar, pod którym uginał się od czasu, gdy jako dziewięcioletni chłopiec został uprowadzony przez porywacza. W zawilgoconej, wyposażonej w małe zaciemnione okienko piwnicy spędził sześć długich i trudnych lat, a mimo to nie poddał się i czerpiąc ze wspomnień o szczęśliwym dzieciństwie, znalazł w sobie dość odwagi oraz siły, by uciec. Wymarzony powrót do rodzinnego domu przyniósł mu kolejną traumę – nie zastał w nim ukochanych rodziców, którzy w czasie jego nieobecności zginęli w wypadku samochodowym. Znalazł oparcie we wspólniku i zarazem przyjacielu ojca, młodszym o rok bracie, a także we własnej artystycznej twórczości. Potrzebował czasu i pracy nad sobą, aby nie zatracić się w goryczy i żalu, i uwierzyć we własną przyszłość. Do tego stopnia odzyskał samego siebie, że pomyślał, iż mógłby spróbować związać się z kobietą. Rzecz w tym, że wciąż bał się bliskości, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Przyszło mu do głowy, że mógłby zapłacić za pomoc w zwalczeniu tej obsesji, i wybrał się do klubu.
Występ Crystal robi na nim wrażenie nie tylko z powodu jej urody. Wydaje mu się, że ta piękna młoda kobieta o inteligentnym spojrzeniu zupełnie nie pasuje do miejsca, gdzie występuje. Postanawia z nią porozmawiać.

***RECENZJA***


Słyszałam wiele pozytywnych opinii o ksiazkach tej autorki. Jej twórczość bardzo mi się kojarzyła z Hoover, a  po przeczytaniu tej pozycji nadal się z tym zgadzam z tym stwierdzeniem. Piszą bardzo podobnie zarówno tematycznie, jak i samym stylem. 



Czytało mi się ją bardzo dobrze, mimo utartych schematów autorka potrafiła mnie zdziwić i zachęcić do czytania kolejnych rozdziałów. Od tego typu romansów nie oczekuję zbyt wiele i tak też było z tą książką i Wam też radzę sie tak nastawić. Mimo pozytywnych emocji po kilku dniach nadeszła pewna obojętność i to jest smutne. 

Bohaterowie, jak zawsze, mają swoje problemy, co pokazuje nam już opis. Plus jest taki, że nie przytłaczały mnie one i nie odniosłam wrażenia, że spadło na nich zło całego świata - bo na dłuższą metę  jest to po prostu męczące. Gabriel jest dokładnym przeciwieństwem bad boya i,  w sumie,  jest idealny i mimo, że taka gloryfikacja zazwyczaj mnie irytuje, tak tutaj bardzo do niego pasowała. Bardziej denerwująca była Ellie - ale to w zależności od rozdziału. Czasem była zwykłą "fajną" bohaterką, a czasem musiałam zrobić sobie przerwę i popatrzeć w ścianę, bo nie wierzyłam co czytam. 

Dialogi bohaterów czasami były komiczne, a nie powinny być. Zazwyczaj były realne i przyjemne w odbierze, ale jak czasem coś powiedzieli (co miało mieć poważny wydźwięk), to myślałam, że po prostu padnę i nie wstanę. Scena z goleniem nóg - nic nie zdradzam, ale powiem tylko, że siedziałam akurat w pełnym tramwaju i starałam się nie śmiać w głos. Pomysłowość autorów nie ma granic. 



Akcja przeważnie jest ciągła, czasem dodatkowo przyspiesza, ale raczej nie powinniście się nudzić. Do tej pory moja recenzja raczej szczególnie nie zachęca, ale tak jak wspomniałam na samym początku - ta książka jest dobra. Czytałam ją z przyjemnością i wciągnęła mnie w swoją akcję i do życia bohaterów. Jednakże nadal twierdzę, że jest to pozycja jednorazowa, którą potem odstawicie na półkę i raczej nie będziecie jej długo wspominać. Jeśli Wam to nie przeszkadza, to polecam :) 

***MOJA OCENA***

★★★★★★★☆☆☆


Pozdrawiam serdecznie 
Gosia