poniedziałek, 5 kwietnia 2021

 Cześć! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki Jak przestać się martwić dr Franka Tallisa. Każdy z nas napotyka w swoim życiu jakieś przeszkody, trudności, niektóre sprawiają, że nasze myśli ciągle krążą wokół nich nie pozwalając odpocząć ani się zrelaksować. Jeśli odczuwacie niepokój, czujecie się przytłoczeni przez swoje problemy, albo po prostu chcecie lepiej radzić sobie z trudnościami - zapraszam do czytania.



Książeczka ta ma format mniejszy niż A5 i niecałe 200 stron, dlatego liczyłam, że informacje w niej przekazywane będą treściwe - i takie były. Autor podzielił ją na 6 rozdziałów, w których każdy ma stanowić kolejny element przygotowujący nas do rozwiązania problemu.


Na samym początku lektury zwątpiłam, czy to pozycja dla mnie. Do moich zmartwień staram się podchodzić w sposób rzeczowy - szukam ich źródła, analizuję, co się z nimi wiąże. A jednak czasami nie potrafię wyrzucić ich ze swojej głowy, nawet kiedy uświadomię sobie, że mój świat się przez nie nie skończy. Rady udzielone przed dr Tallisa na pewno w niektórych sytuacjach mi pomogą, chociaż nie wszystkie rozwiążą. Sam przyznaje, że (choć jest ich niewiele) to na niektóre rzeczy po prostu nie mamy wpływu i nic nie jesteśmy w stanie zrobić. Na takie okazje daje kilka rad, chociaż chętnie przeczytałabym osobny rozdział temu poświęcony. 


Dr Tallis uświadamia, że jest naprawdę niewiele problemów z którymi nie można sobie poradzić. Ze zdecydowaną większością można się uporać i sugeruje w jaki sposób to zrobić. Nie jest to książka, po której przeczytaniu Wasze zmartwienia znikną. To nie jest żaden coaching, a my jesteśmy zbyt różnorodni, żeby za pomocą jednej pozycji rozwiać cały niepokój. Autor daje nam karty, których sami musimy użyć w odpowiedni dla nas sposób.


Cieszę się, że przedstawiane są konkrety, że autor nie powtarza się mówiąc cięgle o tym samym, dzięki czemu czytanie jest szybkie i przyjemne, przyswajamy nową wiedzę z zainteresowaniem. Tak jak mówiłam, rozwinęłabym wątek radzenia sobie z trudnościami, na które nie mamy wpływu, chociaż domyślam się, że jest to bardziej złożony problem.


Dla kogo w takim razie jest ta książka? Dla osób, które mierzą się z problemami z życia codziennego - zawodowego, towarzyskiego, rodzinnego... Chcą nad sobą pracować i nauczyć się lepiej z nimi radzić. Polecam :)


Zaczytanego dnia!

Gosia

poniedziałek, 8 marca 2021

 Hejka! Ostatnio czytam sporo fantasy oraz literatury młodzieżowej i wygląda na to, że dobrze selekcjonuję książki, bo trafiam na same dobre pozycje (albo nawet jeszcze lepsze). Dzisiaj już na starcie chciałabym Was zaprosić na Ig, gdzie na bieżąco mówię co czytam, jakie są moje wrażenia, robię mini recenzje i pokazuję nowości:

Oficjalne konto Ogród Życia (prowadzone razem z Oliwią): https://instagram.com/ogrod_zycia?igshid=1xno9ciksqhyt

Moje dopiero rozwijające się konto tylko książkowe: https://instagram.com/papierowezycie_?igshid=h5tzxbuq3ijx

Zapraszam Was na oba! A teraz koniec autoreklamy i przechodzimy do recenzji 😁


Shalia jest dumną córką pustyni. Po latach niszczycielskiej wojny z sąsiednim królestwem jej lud desperacko pragnie końca konfliktu, który pochłonął życie tak wielu osób. Pragnąc wymienić wolność na bezpieczeństwo, Shalia zostaje królową Krain Kości kraju, w którym magia jest zakazana, a Żywioły – ludzie kontrolujący ziemię, powietrze, ogień i wodę – są traktowani jak zdrajcy.

Wkrótce dowiaduje się, że jedynym pragnieniem jej męża, Calixa, jest zniszczenie Żywiołów.

Jeszcze przed swoją koronacją Shalia odkrywa, że ma moc nad ziemią. Uwięziona między irracjonalną nienawiścią męża do Żywiołów a niebezpiecznym buntem prowadzonym przez własnego brata, Shalia musi wykorzystać swoją moc i dokonać niemożliwego wyboru: ocalić swoją rodzinę, ocalić Żywioły lub ocalić siebie.

 

Berło ziemi było książką, co do której moja intuicja od początku podpowiadała mi, że będzie to coś dla mnie.




Bardzo polubiłam główną bohaterkę, która jest silną osobą, chociaż przejawia się to nie tyle w sile fizycznej i magicznej, a w sile psychicznej. Jest bardzo wytrwała, wyznacza sobie cele, do których dąży, wykazuje skłonność do poświęceń dla wyższego dobra, chociaż pokazała, że jej moc również może okazać się potężna. Nie wszystkie jej decyzję są dobre, nie ze wszystkimi się zgadzam, jednakże czyni ją to w naszych oczach bardziej realną. 


Autorka trzyma się pewnych znanych schematów, ale jednocześnie inne łamie, jak na przykład idealna miłość od pierwszego wejrzenia. Iluzja, że za piękną twarzą kryje się cudowny człowiek. Niestety jest przeciwnie, a my obserwujemy rozwój toksycznej relacji.


Nie potrafiłam oderwać się od tej książki, z przyjemnością i zaciekawieniem śledziłam rozwój wydarzeń, które zdecydowanie potrafiły mnie zaskoczyć. Myślę, że jeszcze większe wrażenie mogłyby wywrzeć na czytelniku nieco dokładniejsze opisy walk oraz scen, które miały potencjał wstrząsnąć odbiorcą, gdyby zostało ukazane więcej szczegółów. Dla wrażliwych osób będzie w sam raz, ale ja byłabym bardziej zadowoloną, gdybym musiała zbierać szczękę z podłogi 😅

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że opisy są barwne, plastyczne i pozwalają nam się wczuć w lekturę. 


Polecam fanom fantasy, którzy szukają książki opartej na przedstawionych wyżej schematach, ale jednocześnie chcą dać się zaskoczyć. Nie jest to wyjątkowo odkrywcza pozycja, ale dla miłośników gatunku (lub osób, które dopiero chcą go poznać) będzie w sam raz, a niestety Berło ziemi nie było szczególnie promowane w internecie. Czekam na drugi tom.


Pozdrawiam

Gosia

piątek, 15 stycznia 2021

 Hejka! Ostatnio napisałam recenzję 1 tomu z tej serii - Ja, diablica, więc jeśli jeszcze o niej nie słyszeliście, to polecam zajrzeć do starszego posta 😉




***OPIS***

Beleth, Azazel, Kleopatra i Śmierć znani z powieści Ja, diablica powracają! A to oznacza, że już nikt nie będzie się nudził.
W życiu Wiktorii ponownie zjawia się przystojny diabeł. Rozbija jej związek z Piotrem i ma nietypową prośbę - chce odzyskać swoje anielskie skrzydła. Czy dziewczynie uda się zwrócić złotookiemu Belethowi marzenia? Przed Wiktorią stają naprawdę trudne wybory - bo z jednej strony zabiegający o jej miłość śmiertelnik, a z drugiej... no właśnie, diabelnie przystojny upadły anioł. W dodatku akcja przeniesie się do nieba. A tam pojawią się kolejni bohaterowie - zabawne putta, podstępny Moroni, rodzice Wiktorii i oczywiście syn szefa, jeżdżący najnowszym maserati...
Nieprzyzwoicie zabawna książka o niebiańsko-piekielnej rzeczywistości. Do diabła - to trzeba przeczytać!

 ***RECENZJA***

Myślę, że każdy, kto poświęcił chwilę na przeczytanie wszystkich tytułów, jest świadomy w jakim kierunku będzie kierować się życie Wiktorii. Tym razem trafia ona nieba.

W każdej części nasi bohaterowie muszą zwalczać nowego przeciwnika, z danej krainy i tak jest również w tym przypadku. Wiktoria wkracza w anielskie sprawy i w typowy dla niej sposób musi nabroić.


W Ja, anielica coraz bardziej zbliżamy się do bohaterów. Ich poczucie humoru, żarty pozwalają się uśmiechnąć do czytanych przez nas stron. 


Akcja momentami jest naciągana, można też odczuć chęć wkroczenia między strony i potrząśnięcia główną bohaterką. Jednakże lekturę tej książki traktuję jednak jako lekką przyjemność, która pozwoli się zrelaksować po całym dniu. Ciekawa, z humorem - idealna w tym celu. Pierwszy tom zakończył się w pewien sposób, strasznie nie lubię tego motywu w literaturze, więc jeśli macie takie spojrzenie na ten temat jak ja, to informuję, że autorka zgrabnie i szybko z tego wybrnęła ;)


I będę z Wami szczera - według mnie to najsłabszy tom serii. Nadal czytało się go szybko i przyjemnie, chociaż tak, jak od innych tomów nie mogłam się oderwać, ten byłam w stanie odłożyć. Nie chcę odradzać Wam tej książki, przeciwnie, bo mimo, że wypada gorzej na tle pozostałych tomów, to nadal uważam, że jest to lektura godna Waszego czasu i pieniędzy. Polecam, moja ulubiona polska seria.

Zapraszam na IG, gdzie z wyprzedzeniem informuję Was o tym, co czytam i dobrych pozycjach https://instagram.com/ogrod_zycia?igshid=1xno9ciksqhyt

Pozdrawiam

Gosia

wtorek, 22 grudnia 2020

 Witam Was w ten świąteczny czas! Chociaż muszę przyznać, że w tym roku wyjątkowo nie czuję tych Świąt. Wiadomo, że dla wszystkich będą one inne niż pozostałe, ale chyba to zamknięcie sprawiło, że grudzień przeleciał mi koło nosa. Mimo że magii u mnie brak, to pierwszy raz przychodzę do Was z recenzją prawdziwej świątecznej książki, więc zapraszam do czytania :)

 



***OPIS*** 

12 opowiadań i 12 przepisów na popisowe świąteczne dania świetnych polskich autorów.
Ktoś zginie otruty barszczem wigilijnym, czyjaś paczka na święta zgubi się w paczkomacie, ktoś upuści karpia na tory tramwajowe, ktoś się nieszczęśliwie zakocha, do kogoś w zastępstwie Mikołaja przyjdzie diabeł, a ktoś inny odkupi swoje winy bohaterskim czynem. To wszystko w niesamowitym zbiorze wigilijnych opowieści okraszone smakowitymi przepisami pasującymi do treści opowiadań. Smakowite historie na każdy dzień adwentu.

***RECENZJA***


Wigilijne opowieści to zbiór opowiadań dwunastu autorów i muszę przyznać, że większości z nich nie znałam. Do lektury zachęcili mnie tacy twórcy jak Martyna Raduchowska, Katarzyna Berenika Miszczuk oraz Alek Rogoziński, którego książki już jakiś czas temu zwróciły moją uwagę i chciałam je bliżej poznać, chociaż jeszcze nie miałam okazji. Autor ten mimo kilkudziesięciu stron do dyspozycji, na których nie można stworzyć rozbudowanej historii, naprawdę zaskoczył mnie na zakończeniu. Mam nadzieję, że w przyszłym roku w końcu uda mi się przeczytać jakąś jego pozycję.

 

Ostatnio się bardzo dużo stresuję, a jednak mimo, że nie wkręciłam się szczególnie w ten wyjątkowy klimat, to uważam, że jest spora szansa, że dla wielu z Was pozycja ta sprawdzi się w tym zadaniu. Mnie niektóre z tych opowiadań napełniły spokojem i ciepłem, a nawet się wzruszyłam. Czytając je robi się przyjmie na sercu, pozwalają przychylniej spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość i poczuć radość.

Raczej nie czytam literatury obyczajowej, jednak opowiadania w tym stylu nie zniechęcały mnie. Właśnie dzięki ich krótkiej formie cieszyłam się tymi historiami i nie miałam poczucia, że brnę przez kolejne strony na siłę, jak to często bywa, kiedy zabieram się za takie książki. Dzięki zróżnicowanym autorom mamy tutaj różne gatunki literackie, dzięki czemu nie zabraknie tutaj nawet smaczków dla fanów fantastyki.

Moi drodzy, polecam Wam Wigilijne opowieści zarówno wtedy, kiedy w pędzie życia nie macie czasu na to, żeby poczuć świąteczny klimat, jak i wtedy, kiedy odliczanie zaczynacie z radością już w październiku. Polecam dla osób, które chcą chociaż na chwilę znowu spotkać ulubione postacie (co umożliwiły nam panie Miszczuk i Raduchowska), a także dla osób, które chcą poznać nowych autorów, bo to doskonała okazja do sprawdzenia, czy odpowiada nam ich styl.

Wesołych Świąt!

Gosia


piątek, 11 grudnia 2020

 Hejka! Jak pewnie już wiecie, co jakiś czas daję szansę polskim autorom, chociaż po kilku nieudanych próbach podchodzę do tematu z dystansem. O książce Ja, diablica słyszałam sporo dobrego już jakieś 5 lat temu, kiedy dopiero wchodziłam w książkowy świat. Nie było mi dane wtedy jej przeczytać, ale tytuł ten przewijał mi się tyle razy, że dzięki licznym pochwałom zapadł w pamięci. Teraz, po 10 latach nastąpił dodruk (oraz powstał 4 tom!) i miałam okazję poznać tę serię. Zapraszam do recenzji!

 

***OPIS*** 

 

 


***RECENZJA***


No dobrze, nie będę trzymać Was w niepewności. Uwielbiam tę serię, naprawdę. Opowiem o plusach i minusach, ale nie ukrywam, że wady wymienię tylko ze względu na szczerość do Was, bo dla mnie, kiedy widzę całość, nie mają znaczenia. 

Zacznę od tego, że książkę tę czyta się bardzo lekko, strona leci za stroną, a ja nie potrafiłam się oderwać. Nie jest to nic elokwentnego, ale również infantylnego, dlatego odbiór jest bardzo przyjemny. Dodatkowym plusem jest humor, umiejętnie wpleciony w treść, dzięki czemu co jakiś czas chichotałam, ale jest on dawkowany w takich ilościach, aby nie przyćmić fabuły. No na pewno bez kilku uśmiechów nie skończycie tej książki ;)

Bohaterowie... No trzeba przyznać, że również mają niecodzienną kreację, gdyż diabeł Beleth, aby zdobyć czyjeś serce postanawia usunąć sobie wszelkie przeszkody. Na przykład planując zabójstwa innego amanta. I muszę przyznać, że czekałam, aż ktoś się pozbędzie Piotrusia, bo kibicowałam Belethowi, a wizja młodego, szalenie atrakcyjnego mężczyzny i nazywanie go Piotrusiem maksymalnie kłóciły się w mojej głowie za każdym razem, kiedy o nim czytałam. Brakowało mu charyzmy, ale z diabła aż nią kipiało, więc można przeżyć. Nasza główna bohaterka jest kobietą, która umarła, trafiła do piekła i nie stała się nagle wojowniczką, która walczy niczym ninja, sieje postrach potęgą. Oczywiście nie jest ona przeciętna, ale autorka nie stara na siłę robić z niej herosa. Właściwie jest czynnikiem zapalnym, przez który ten świat trzeba ratować. I tak, będą sytuacje, kiedy będziecie chcieli wejść do książki i nią potrząsnąć, ale ostatecznie i tak uważam ją za bardzo pozytywną postać.

Akcja nie jest pełna scen walki, intryg, to nie jest pozycja, w której leją się litry krwi i potu, a jednak nie można się oderwać od lektury. Nie twierdzę, że nic tam się nie dzieje, wręcz przeciwnie, ale powiedziałabym, że są to czynności prowadzące do tej finalnej bitwy.

Cóż można powiedzieć o wykreowanym świecie i jego pomysłowości? Mnie temat diabłów i aniołów się jeszcze nie przejadł. Serii z aniołami kilka przeczytałam, ale z diabłami i demonami chyba tylko jedną, a poza tym było to już dawno temu i nie były to duże ilości. Nie spotkałam się jeszcze z wizją piekła niczym Los Angeles, gdzie ludzie trafiają z wyboru, gdyż podczas tzw. targów o dusze sami podejmują decyzję, gdzie chcą trafić. Najgorsi zwyrodnialcy trafiają w inne miejsce, a w Los Diablos osoby, które lubią się zabawić.

Ja, diablica, to książka, przy której bawiłam się świetnie: lekka i przyjemna, a jednak czuję, że cała seria zostanie mi w pamięci i prędko o niej nie zapomnę. W zeszłym miesiącu wyszedł po 10 latach 4 tom i od razu chciałabym powiedzieć, że razem z tą pozycją są one u mnie na pierwszym miejscu, więc jeśli lata temu czytaliście trylogię, to zachęcam do kontynuacji, a ja mam prośbę do autorki, żeby powstały kolejne części :)

Zaczytanego weekendu

Gosia

środa, 4 listopada 2020

 Hejka! Dzisiaj zaproszę Was do recenzji Bratobójcy Jaya Kristoffa. Uwielbiam książki tego autora, jest on niesamowicie pomysłowy, tworzy pozycje bardzo zaskakujące i zdecydowanie nie oszczędza bohaterów, czym wyróżnia się na tle innych twórców. Jak oceniam drugi tom Wojny lotosowej? Czy warto kontynuować tę historię?

 ***OPIS***

 

 ***RECENZJA***

 

Miałam przerwę po przeczytaniu pierwszego tomu, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, ale po skończeniu Bożogrobia nie chciałam jeszcze rozstawać się z tym autorem.

Świat wykreowany prze Kristoffa jest stworzony z rozmachem i dokładnością, dba on o każdy szczegół. Tutaj właśnie pojawia się czasem problem, gdyż niektóre opisy są zbyt długie lub szczegółowe, więc jeśli akurat nie dzieje się nic znaczącego dla fabuły, lektura stawała się nużąca. Jednak nie było tak przez cały czas, a jedynie momentami, chociaż sprawiały one, że musiałam na chwilę odłożyć książkę.

Jeśli już jesteśmy przy minusach, to jest jeszcze jeden. Rozumiem, że to literatura młodzieżowa, ale przypisywanie bohaterom w wieku średnio 17 lat dorosłych cech i zachowań czasami działało mi na nerwy. Dodałby im po 3 lata więcej i od razu miałoby to inny wydźwięk. Oczywiście to tylko moje odczucia, Wam to akurat nie musi przeszkadzać.

Nie powiedziałabym, żeby byli to bohaterowie, z którymi poczujecie niesamowitą więź na długie lata, ale zostali bardzo dobrze wykonani i na pewno polubicie ich w czasie czytania. Mają swoją historię, indywidualne podejście i punkt patrzenia na sytuację. Na kartach powieści czujemy, że są to osobne postacie, a nie ciągle ten sam twór autora ze zmienionym imieniem. Dużym plusem jest opis relacji między konkretnymi osobami, nieprzerysowane, silne, realistyczne, więź między Buruu a Yukiko jest cudowna.

Na plus i minus jednocześnie uważam zmianę narracji co rozdział. Co chwila zmienia się perspektywa bohatera i zdarzało się, że serce biło mi szybciej, podekscytowana pochłaniałam kolejne strony i nagle... Koniec rozdziału, teraz wracamy do innej osoby. Czasem to była inna, bardzo ciekawa akcja, do której równie chętnie wracałam, ale bywało i tak, że był to jeden z nudniejszych momentów i odkładałam książkę. Mam również świadomość, że inaczej nie dało się tego załatwić, gdyż bohaterowie zajmują się różnymi sprawami w odmiennych miejscach, więc Kristoff nie byłby w stanie napisać Bratobójcy z jednej perspektywy, a gdyby tak się stało, to w ogólnym rozrachunku książka by na tym dużo straciła.

Polecam tę serię zarówno starszym, jak i młodzieży. Na pewno nie jest to pozycja dla młodszych odbiorców, bo bywa brutalnie. Osobiście uważam to za plus, pozwala się to bardziej wczuć w chwilę i lepiej wyobrazić sobie świat, który na właśnie taki jest kreowany - bezwzględny.

Pozdrawiam

Gosia


piątek, 14 sierpnia 2020

 Hejka! Ostatnio napisałam dla Was kilka postów o serii Czarnego Maga, która zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Dzisiaj chciałabym Was zaprosić do recenzji finałowego tomu - Ostatniej walki. 




***OPIS*** 


On jest Czarnym Magiem, a ona zdrajczynią. Świat Ryiah runął, gdy odkryła niecne plany króla Blayne'a. Teraz musi zdradzić wszystko, co kocha, aby uchronić królestwo przed wojną. Rozdarta między miłością a obowiązkiem, sercem a rozsądkiem Ry podejmuje się niebezpiecznej misji. Ma pomóc rebeliantom i przekonać przedstawicieli królestwa Pythus, aby zerwali pakt ze skorumpowanym królem Jeraru, jednocześnie oszukując najpotężniejszego maga w królestwie, a zarazem swojego męża. Wcześniej czy później będzie musiała stanąć do walki.


***RECENZJA***


Muszę przyznać, że podczas czytania tej książki naprawę się stresowałam losami młodej magini, a moje emocje można pomnożyć razy dwa. Jestem typem człowieka, który nie cierpi kłamstwa, unika go jak ognia, stresuje go i zupełnie nie umie kłamać. Można też wysnuć wnioski, że gdybym to ja była bohaterką tej pozycji, to długo bym nie pożyła 🤣 Ryiah musi utrzymać w tajemnicy sekrety, od których zależą losy królestwa, a także jej związek z ukochanym, więc napięcie nie odstępuje nas ani na krok. Dodatkowo autorka podkreśla, że to bardzo trudna sytuacja dla młodej czarodziejki. Dziewczyna nie znosi jej dobrze, chociaż jest gotowa poświęcić swoje idealne życie na rzecz większego dobra. Przeżywamy z nią każdy moment, każdą emocję, każdą decyzję.


Styl pisania autorki nadal jest bardzo lekki i czyta się błyskawicznie, jednocześnie nie jest on zbyt prosty czy infantylny. Lektura tej pozycji to sama przyjemność, napięcie jest umiejętnie budowane, dzięki czemu od pierwszych stron nie możemy się oderwać od czytania.


Pierwszy i drugi tom to książki, które bardzo mnie wciągnęły, ale jednocześnie nie było w nich zbyt dużo napięcia. Czytało je się tak dobrze dzięki ciekawej historii i lekkiemu pióru autorki. W 3 tomie pod koniec nastąpił przełom, po którym miałam kaca książkowego, ale czwarty tom ogromnie mnie zaskoczył i po prostu pozamiatał.  Carter decyduje się porzucić pewne oczywiste schematy, które przylgnęły do tego typu książek i po prostu jesteśmy pewni, że dana historia potoczy się w taki, a nie inny sposób, ale autorka mówi stanowcze nie. I mimo, że powiedziałam o "oczywistym schemacie" to sprawa dotyczy bardzo ważnych, kluczowych wątków, dlatego niewątpliwie Was zaskoczy.


Nasi bohaterowie dorastają i widzimy to w ich postępowaniu, a także w spojrzeniu na świat. W pewnych momentach zrobiło się nawet brutalnie, czego również się nie spodziewałam w tej serii, ale zdecydowanie zadziałało na czytelnika, dzięki czemu uważam to za kolejny plus.


Mam pewne zastrzeżenia co do zakończenia (dosłownie samej końcówki), nie jest ona zła, ale miałabym na nią inną wizję. Jest ok, ale czułam, że coś mi się po prostu nie zgadza i powinno to wyglądać inaczej. No cóż, taka była wizja autorki, została wykonana poprawianie, nie jest to coś, co by sprawiło, że zamieniłabym spojrzenie na tę pozycję, bo nadal uważam, że jest rewelacyjna.


Ostatnia walka to cudowne zakończenie serii Czarnego Maga, które koniecznie musicie poznać. Ta książka zszarga Wam nerwy, ale w sposób, jaki oczekujemy tego od autorów. Carter porzuciła pewne schematy i stworzyła pozycję, która zyskuje znacznie wyższy poziom od pozostałych tomów, które również były dobre. Serdecznie polecam młodzieży, a nawet dorosłym.


Pozdrawiam

Gosia

środa, 5 sierpnia 2020

Hej! Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam trochę o Jak czytać ludzi. Psychologia jest dla mnie bardzo interesującą dziedziną i chętnie poznaję mechanizmy kierujące ludźmi. Kiedy przeczytałam tytuł tej pozycji, spodziewałam się, że dostanę poradnik, który pomoże rozpoznać mi dane gęsty, zachowania i sytuacje, a dzięki nim lepiej zrozumiem intencje drugiego człowieka. Czy czytając tę książkę możecie liczyć na tego typu naukę?


***OPIS***

Książka jest kluczem do odczytywania ludzi: ich intencji, motywacji, dążeń, a w efekcie przewidywania ich zachowań. Dzięki zawartej tu wiedzy pozyskasz umiejętności przydatne wszędzie tam, gdzie masz do czynienia z ludźmi: w domu, biznesie, wśród przyjaciół i znajomych. Autorem “Jak czytać ludzi" jest Robin Dreeke, były szef Wydziału Analizy Behawioralnej FBI. Dzięki swemu doświadczeniu w jednej z najbardziej tajemniczych jednostek Federalnego Biura Śledczego Dreeke wypracował system, który pozwala zdiagnozować i przewidzieć ludzkie zachowania. Teraz tą wiedza dzieli się z Tobą.

“Nauczę cię myśleć jak agent: w sposób uporządkowany, obiektywnie, racjonalnie i chłodno. Z takim nastawieniem można precyzyjnie analizować czyny, słowa, mowę ciała, opinie, reputację, karierę zawodową i zdolności, czyli te elementy, które pozwolą ci przewidzieć dalsze kroki danej osoby.”

“Przewidywanie czyjegoś zachowania to nie fizyka kwantowa, lecz nauka społeczna. Musisz tylko napisać właściwe równanie – stosując logikę, strategię, sceptycyzm, spostrzegawczość – i nie zapominać, że prawda czasami bywa nieprzyjemna, a mimo to nie można zamykać na nią oczu.”

***RECENZJA***


W książce tej naprzemiennie występują dwie części. Jedna to kartki z dziennika agenta, a druga to część, którą można określić jako typowo poradnikową. Myślę, że ten sposób zapisu znajdzie zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Mnie dziennik zupełnie nie porwał i nie wciągnął, prawdę mówiąc wolałabym, żeby został usunięty lub aby wpleciono krótkie fragmenty z życia między konkretne porady.

Poradniki to nie są książki, po których powinniśmy spodziewać się zapierającej dech akcji, chociaż przy kartkach z dziennika mogą pojawić się oczekiwania wciągających historii, ale z tą pozycją wyjątkowo się męczyłam. Wydarzenia z życia agenta wydały mi się nudne i zupełnie nie zachęcały mnie do dalszego czytania, przez co zmuszałam się do lektury i zajęła mi ona bardzo dużo czasu.

Argumenty i porady zawarte w tej pozycji mogą trafić do, w mojej opinii, niezbyt dużej grupy osób potrzebujących rad związanych z życiem zawodowym. Jednocześnie wydaje mi się, że dużo z nich jest bardzo oczywistych, a autorzy dodatkowo je powtarzają. 

Pomijając kartki z dziennika, które, jak wspomniałam, nie były dla mnie napisane w sposób interesujący, styl autorów można uznać za dobry. Niestety momentami czułam się, jak podczas czytania wypracowania z polskiego, poprawnie, ale niektóre argumenty były rozwijane jakby na siłę, bo trzeba podać uzasadnienie, nawet jeśli coś jest oczywiste.

Podsumowując: ta książka nie nauczy Was czytać ludzi, może wąskiej grupie da pewne rady odnośnie życia zawodowego. Czy polecam? Raczej nie. Jeśli ktoś zna dobrą książkę tego typu, to zachęcam co podzielenia się tą informacją w komentarzach.

Pozdrawiam serdecznie
Gosia

wtorek, 30 czerwca 2020

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją kolejnego tomu z serii Czarnego Maga. Poprzednie części urzekły mnie dzięki stylowi autorki i ciekawej fabule, w której mimo braku szalonych zwrotów akcji, było coś przyciągającego, co nie pozwalało oderwać się od lektury. Czy tym razem autorce udało się nas zaskoczyć?  


***OPIS***


Dwudziestoletnia Ryiah jest czarną maginią frakcji bojowej, ale nie jest Czarnym Magiem. Jeszcze. Niemal od zawsze pragnęła zdobyć legendarną szatę, jednak tylko tego jednego roku będzie mogła wziąć udział w prestiżowym – i jedynym w swoim rodzaju – turnieju dla magów… Szkoda, że będzie musiała wystąpić przeciwko pewnemu księciu – temu, którego dotąd jeszcze nigdy nie pokonała. Nabór kandydatów wreszcie nadchodzi. Zwycięzca otrzymuje szaty, ale w królestwie czyha coś mrocznego. Wrogie królestwa otaczają ojczyznę Ryiah. Pora zawrzeć sojusz. Niestety dla Ryiah to dopiero początek. Bo największy wróg mieszka w samym pałacu.

***RECENZJA***

Carter ukazuje nam kolejne etapy edukacji Ryiah, która ciężko pracuje, aby móc wyróżniać się swoimi umiejętnościami. Jest zmotywowana i ambitna, doceniam, że jest ona bohaterką, która nie tylko urodziła się z talentem, ale samodzielnie go rozwija. Na przestrzeni trzech tomów towarzyszymy jej w wielu ważnych sytuacjach, które kształtują ją na naszych oczach i wpływają na osądy.

W Kandydatce nadal obserwujmy walkę miłości i rywalizacji. Zakochani pragną szczęśliwego związku, ale również wygrania konkursu i władzy, którą on daje. Bardzo polubiłam tych bohaterów, czytanie o ich poczynaniach w ciągu 5 lat edukacji stwarza pewną więź miedzy nimi a czytelnikiem. 

Rachel E. Carter zachowała lekkie pióro, które sprawia, że przez jej książki się płynie - nawet mimo małej ilości zwrotów akcji. Dlatego pogrążyłam się w lekturze i zupełnie nie spodziewałam się, że tym razem autorka postanowi zagrać mi na nerwach. Ostatnie rozdziały książki bardzo mnie zaskoczyły, przyzwyczajona do spokojnego tempa nie mogłam przewidzieć takiego ruchu. Kandydatka pozostawi Was z dużym kacem książkowym.

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z Czarnym Magiem byłam przestraszona, że główna bohaterka ma piętnaście lat. Uznałam, że nie mogę liczyć na większe emocje, lub Carter stanie się kolejną autorką, która nie potrafi dostosować zachowań do danej grupy wiekowej. Okazało się jednak, że towarzyszyliśmy Ryiah podczas jej dorastania i edukacji, mogliśmy obserwować jej rozwój i konkretne sytuacje, które na niego wpływają. Oparta na starych, dobrze nam znanych schematach historia, ma w sobie wyjątkowe elementy, które sprawiają, że czytanie tych książek to sama przyjemność.
Polecam :)

Zaczytanego dnia
Gosia

piątek, 12 czerwca 2020

Hejka! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Księżycowego Miasta, czyli najnowszej powieści Maas i początku nowej serii, która ma być skierowana do dorosłych czytelników. Czy Sarah J. Maas zadowoli osoby, które dorastały czytając Szklany tron i Dwory?


***OPIS***


Bryce Quinlan jest dziewczyną, która w połowie jest człowiekiem, a w połowie Fae. W świecie pełnym magii, niebezpieczeństw i ognistych romansów poszukuje zemsty!


Bryce Quinlan kocha swoje życie. W dzień pracuje dla handlarza antyków, sprzedając nie do końca legalne magiczne artefakty, a nocą imprezuje razem z przyjaciółmi, delektując się każdą przyjemnością jaką Lunathion – znane również jako Crescent City – ma do zaoferowania. Ale gdy bezwzględne morderstwo wstrząsa miastem, wszystko zaczyna się rozpadać – również świat Bryce.

***RECENZJA***


Na początku warto trochę powiedzieć o wydaniu tych książek, bo ta kwestia budzi dużo kontrowersji. Wydawnictwo podzieliło jeden tom na dwie części, ponieważ razem pozycja ta miałaby około 1200 stron, jej czytanie byłoby niewygodne i prawdopodobnie złamałby się jej grzbiet. Została za to wydana w bardzo staranny sposób z miękką oprawą, ale ze skrzydełkami i złotymi zdobieniami :).

Po przeczytaniu pierwszej części stwierdziłam, że jest dobra, jak na zwykłą młodzieżówkę, ale od Maas oczekiwałam więcej. Doszłam jednak do wniosku, że jej pierwsze tomy stanowią bazę do całej historii, więc niezrażona kontynuowałam lekturę. Druga część sprawiła, że zmieniłam zdanie i nie mogłam oderwać się od czytania. W środku nocy ciągle powtarzałam siebie: "jeszcze jeden rozdział". Dlatego polecam kupić od razu obie części, bo nie zapominajmy, że razem stanowią one jeden tom. Akcja została poprowadzona z rozmachem i pomysłowością. Maas stworzyła zakończenie w sposób, w jaki inni autorzy piszą finały całych swoich serii.

Nie udało mi się zżyć z bohaterami. Może to jeszcze za szybko? W końcu postacie z pozostałych serii pokochałam na przestrzeni kilku tomów. Bryce to szalona imprezowiczka i dodatkowo wulgarna, na tle dalszych wydarzeń przechodzi pewną metamorfozę, jednak przez pierwsze wrażenie nie mogłam się z nią utożsamić. Jest ona jednak bardzo silną i zaradną bohaterką z dużym potencjałem, który mam nadzieję, ujawni w kolejnej części. Natomiast Hunt i relacje z nim zostały oparte na starych, dobrych schematach, które mi się podobały, ale nie były wyjątkowo zaskakujące. Mam nadzieję, że te elementy zostaną rozwinięte w kolejnych tomach.



Sarah J. Maas umieściła swój świat we współczesnych czasach, ale wypełniła go magią, dzięki czemu nadal jest on wyjątkowy. Jest tu mnóstwo magicznych stworzeń, zarówno tych popularnych, jak i takich, których możecie nie znać. Wydaje się, że niczym nie może nas zaskoczyć, a jednak jest w tym wszystkim oryginalny i pomysłowy.

Bohaterowie Maas bardzo dużo przeklinają i chociaż wydaje mi się, że w drugiej części jest tego mniej, to myślę, że ta ilość powinna zostać zmniejszona o połowę.  Wulgaryzmy nie podkreślają dorosłości postaci. Często pojawiającym się zarzutem wobec tej pozycji, jest również to, że wszyscy są tam piękni. Czy tak jest? Owszem. Niby jeśli to świat idealnych, magicznych istot, to ich uroda nie powinna nikogo dziwić, ale pamiętajmy, że piękno jest pojęciem subiektywnym i każdy może je trochę inaczej postrzegać. Dodatkowo ja, jako czytelnik dostaję dokładny opis tych stworzeń i zupełnie nie przeszkadza mi ich perfekcyjny wygląd.

Księżycowe Miasto to pozycja, która trzyma w napięciu i nie pozwala się odłożyć. Kolejne strony zdradzają nowe tajemnice i pokazują nowe zagadki. Jak mogliście zauważyć w recenazjach Dworów czy Szklanego tronu raczej roztapiałam się z zachwytu, a teraz wymieniłam trochę niedociągnięć i wad, ale to nie znaczy, że to pozycja średnia, czy po prostu dobra. Podczas lektury bawiłam się rewelacyjnie i nie mogę się doczekać kolejnej części. Polecam 😊

Pozdrawiam cieplutko
Gosia